Tysiące Tronów

Mroczne Krainy, zachodnia rubież, 9 sigmarzeit 2524 od koronacji Sigmara

Sokół na niebiePopiół jeszcze nie opadł, ale powietrze drapało w gardle i miało gorzki posmak. Zniszczony ziggurat za plecami drużyny zamienił się w plujący ogniem wulkan, który już płonął dobre kilka godzin. Oddalali się od niego tak szybko, na ile pozwalał chód krasnoluda, ale góra malała bardzo wolno. Takie zaburzenie zarówno krajobrazu jak i mocy nie może zostać niezauważone. Mimo rozglądania się to nie udało się zauważyć nic takiego, co wyglądałoby na groźne dla uciekającej grupki. Te kilka godzin wystarczyło by zbliżyć się do gór na zachodzie i oddalić od gorącego miejsca po piramidzie.
Hans przyglądał się okolicy patrząc na ślady. Nie ma ich wiele a te, co są wskazują na małą ilość zwierząt. Najwyżej świstaki, może jakieś gryzonie i jaszczurki. Dało się również dostrzec szybującego wysoko ptaka. Sylwetka sokoła była wyraźna na tle ciemnego nieba i najwyraźniej kołował nad grupą. To nie zwiastowało niczego dobrego. Tylko, że nie bardzo było się gdzie ukryć, bo nie było to większej skały, drzew czy chociażby jaru lub doliny. Z każdym upływającym krokiem rosło niebezpieczeństwo, że coś się przypałęta a samotnie polujący sokół, który niczego jeszcze nie upolował, źle wróżył.
Dziki orkWtedy bystre oczy łowcy wypatrzyły rosnącą chmurę pyłu. Była jeszcze daleko, ale najwyraźniej kierowała się w ich stronę. Mogła być wzbudzona przez chód kilku postaci. O pojazdach można było zapomnieć, ale niewielki oddział był całkiem prawdopodobny. Udało się zajść za jakiś niewielki pagórek, ale sokół wiszący nad nimi widział wszystko bardzo dobrze. O pomyłce nie mogło być mowy i wkrótce napastnicy zbliżyli się na tyle, że można było poznać kto to. Rosłe cielska orków, pokryte tatuażami i uzbrojone w olbrzymie tasaki, nie pozostawiały wątpliwości o zamiarach oddziału. Spośród orków wyróżniał się rosły osiłek będący dowódcą oraz trzymający się z tyłu osobnik z laską zakończoną ptasim dziobem. Każdy z uzbrojonej bandy miał poza tym pokaźną włócznię, którą trzymał w lewym ręku i był gotowy w każdej chwili ją rzucić.
Stanęli niedaleko drużyny pewni, że ta nie ucieknie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że oni o tym wiedzieli. Nie ma się gdzie ukryć, krasnolud chodzi zbyt wolno – konfrontacja zdawała się być nieunikniona. Tym bardziej, że szaman zaczął zagrzewać do boju swoich pobratymców wyśpiewując różne dźwięki i starając się ułożyć je w jakieś charkotliwe zdanie. Orki utworzyły krąg wokół swojego szamana i zaczęły potrząsać włóczniami wykrzykując w niebo chrapliwe słowa. Gdy skończyli zostało już tylko jedno – szarża.
Orczy szamanNa nacierające orki spadły strzały oraz świetlne słupy białego ognia. Ryki przemieszały się w okrzykami bólu. To była jedyna szansa na przeżycie tego spotkania – wykorzystanie maksymalne zasięgu i wybicie tylu ilu się uda. Orki nie pozostały dłużne. Kilka włóczni znalazło się w zasięgu i spadło na drużynę. Nie uczyniły wielkiej szkody, choć z niepokojem obserwowano jak wbijają się coraz bliżej wątłej linii utworzonej przez krasnoluda i kapłana.
Hans wyczekiwał aż szaman będzie w zasięgu. Jednak ten trzymał się na uboczu ciągle czarując. On co prawda jeszcze niczego nie poczuł, ale magicy coś narzekali na jakieś duchy, które latają wokół orków i przeszkadzają rzucać czary. On sam ich nie widział, ale nauczył się, że magowi czasami warto zawierzyć. Problemem był teraz wielki ork, którego choppa już zaczęło wywijać niebezpieczne młyńce. Choć do walki dotrwała zaledwie połowa zielonoskórych to było to wystarczające by wgryźć się pomiędzy grupę i rozbić ją. Szaman co i rusz tryskał z oczu zielonymi promieniami trafiając każdego, kogo tylko zobaczył. Orki wywijały tasakami, ale nie mogły przebić się przez pancerze. Co innego magia – ona przechodziła jak przez papier. Najpierw padł krasnolud, potem mag. Hans zdołał strzelić kilka razy w stronę szamana i został przez niego namierzony i położony. Jednak zanim to się stało to orki też solidnie zostały przetrzebione. Szaman dał sygnał do odwrotu osłaniając wycofujących się swoją magią. Najwyraźniej znał ludzi i spodziewał się, że nie odstąpią. Nadal pchali się do walki, choć zarówno dowódca jak i jeden z jego żołnierzy już nie atakowali. Nie mógł pozostać dłuży i dlatego uziemił łucznika a gdy kapłan, jako ostatni ruszył na dowódcę i on został spacyfikowany. Już nie cofał się by sprawdzić czy jego czary zadziałały. Ważniejsze było wydostanie wodza z opresji. Po ludziów jeszcze wrócą, przecież daleko nie odejdą.
A tymczasem na polu walki drużyna zaczęła dochodzić do siebie. Kapłan poleczył maga ten potem korzystając obficie z magii zaczął leczenie. Paskudne obrażenia od magii goiły się jak ręką odjął a krwotoki się zasklepiały. Magia pulsowała wokół i jarzyła się blaskiem, którego nic nie zdołało przygasić. Po kwadransie już wszyscy byli na nogach i mogli kontynuować marsz. Nie chciano napotkać ponownie zielonoskórych więc tropiciel obrał drogę na południowy zachód i nakazał szybkie oddalenie się od tego miejsca. Na niebie nie było sokoła więc najwyraźniej orki odpuściły. Przynajmniej na jakiś czas. A za plecami wulkan przygasał. Wokół niego zaroiło się od czegoś, co krążyło wokół krateru i wyglądało na olbrzymie. Nikt nie chciał tego spotkać i każdy możliwy zasób energii wydatkował na przemieszczanie się do przodu.
Oddział dzikich orkówGodziny wlokły się tak samo jak Thorek. Jeszcze góra dwa dni i wreszcie dojdą do gór, choć w obliczu tego, co tam można spotkać nie wiadomo czy cieszyć się czy nie. Hans na szpicy nawet nie trudził się w zacieranie śladów. Jeśli ktoś ma sokoła na swoje usługi to znajdzie ich zawsze a zacieranie tylko spowalnia niepotrzebnie całą grupę. Trzeba tylko dobrze wypatrywać drogi przed sobą. I udało się. Kilkaset metrów dalej stało dwóch orków. Wyglądali bardzo podobnie do tych, którzy kilka godzin temu zostali pobici. Przechadzali się po ruinach nie oddalając się za bardzo od ciemnego prostokąta w ziemi. Po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że to niezła dziura w ziemi i zapewnie jest tam jakieś zejście. Tym bardziej, że pojawił się tam trzeci z orków. Coś tam powarkiwali do siebie, ale wyglądali raczej jak stacjonarny patrol lub stanica niż ktoś, kto szykuje zasadzkę lub czeka na posiłki.
Dziura w ziemi była na tyle atrakcyjna, że postanowiono działać. Tam nie dostrzegą ich żadne oczy a kto wie, może są jakieś zapasy, przejścia lub, o czym marzył mag, przedmioty magiczne do sklepiku. Jak tylko wróci z tego piekła to założy własny sklepik z przedmiotami magicznymi i będzie prowadził spokojne życie z dala o niebezpieczeństw i śmierci. Rzeczywistość jednak nie odpuszczała i do tego sklepiku droga nie wydawała się być usłana różami. Tych trzech orków najwyraźniej stało na ścieżce przeznaczenia i trzeba było coś z nimi zrobić. Na szczęście koordynację ataku i jego osobiste przeprowadzenie wziął na siebie kapłan, więc nie mogło być mowy o wycofaniu się czy podstępnym działaniu.
Prosty manewr oskrzydlający związał walką dwóch stojących najbliżej dziury orków. Thorek i Rainer ruszyli i zasypali przeciwnika gradem ciosów. Trzeci, który wychylił się z dziury, dostał dwie strzały od Hansa i padł bez ducha po trzeciej zanim ruszył kamratom na pomoc. Ci tymczasem padali pod ciosami i niewiele mogli zrobić w starciu z furią krasnoluda i determinacją kapłana. Odpłacili się z nawiązką za wcześniejszą bitwę i powalenie ich. Droga w dół stała otworem.
Zwartą grupą zeszli w dół. W ciemności, rozświetlanej jedynie przez świetliki i lampę, nie było nic widać poza korytarzem w dół. Gdy ten się skończył stanęli wszyscy w dużej sali, której architektura i styl wskazywał na krasnoludzką robotę. Na jej środku odkryto zapasy Zejście na dółzielonoskórych, zrabowane pewnie z karawan, bo jeszcze miały kislevskie oznaczenia zapasów wojskowych. Była jeszcze płyta umiejscowiona w takim miejscu, jakby przykrywała zejście na dół. W rogach pomieszczenia i specjalnych miejscach na środku sali stały kamienne naczynia z ozdobnymi rytami w kształcie krasnoludzkiego języka. Dla maga wszystko to było skąpane w czerni, która pluskała tutaj niczym ruczaj. Tylko, że coś dziwnego było z jej naturą. To jak jezioro, które skrywa coś na dnie, tak tutaj czerń zdawała się być tylko otoczką do czegoś, co możliwe, że siedzi pod spodem. Tylko co? Sprawdzanie magii skutecznie zablokowała czerń, poza którą nie było wiele widać.
Pierwsza salaHans przy pomocy Thoreka wpadli na pewien pomysł. Ozdobne naczynia można było określić w szeregu jak poszczególne cyfry w alfabecie. To dawało kolejność, którą można zastosować do zapalenia oliwy w środku. Jednak po podliczeniu wszystkich znaków okazało się, że brakuje jednego naczynia. Nic nie wskazywało by było gdzieś jeszcze, bo symetryczne rozmieszczenie widocznych punktów nie jest zaburzone. Jean Paul niewiele się zastanawiał – ostatnimi czasy tak mocno i silnie polegał na magii, że bez niej nic już nie może zrobić. Dlatego teraz też zapłonął w jego rękach czar odkrywający prawdę i iluzję. Nie łudził się, że to coś pomoże, ale nie zaszkodzi. I udało się, bo okazało się, że na jednej ze ścian jest wejście zamaskowane iluzją do kolejnego pomieszczenia. Na jego środku stało brakujące naczynie i dopełniające szereg liczb. Pozostało teraz tylko zapalić ogień w misach i czekać na to, co się stanie.
Ze zgrzytem płyta z pentagramem leżąca pomiędzy niewielkimi tralkami zaczęła się przesuwać na środek komnaty. Pentagram płonął a wszelka czerń rozpierzchła się w obliczu bieli, która zabłysła jak latarnia w ciemności. Wraz z rozbłyskiem z kamienia spadła warstwa kruszywa odsłaniając napis. Wykonany był w języku magicznym i był równie enigmatyczny jak wszystko do tej pory, co dotyczyło tego miejsca.

„Światło zmuszone do mroku
Zgrzyt żelaza z czeluści dobiega
To krzyk wrogów naszych wrogów
Ich zemsta czeka na światło
I czerń ciemniejsza od mroku
Zaleje ziemię stalowym życiem.”

Kamienna płyta odsłoniła zejście na dół w postaci schodów. Zawiało z ciemności kurzem i starym kamieniem. Jak mag zszedł kilka schodów na dół i sprawdził, jaka magia na niego czeka poniżej to aż usiadł z bólu i wrażeń, które zalały jego głowę. Krew popłynęła z nosa i dziwne ukłucie w głowie brzmiało jeszcze kilka chwil po udanym sprawdzaniu magii. To, co od razu rzucało się w oczy to brak wiatrów magii. Jakby cała magia została wyrugowana i wyssana. Zostały jej śladowe ilości wystarczające do rzucenia ognika, ale nie poważnych czarów. I jeszcze jeden szczegół utkwił w głowie – widok czerwonych nitek biegnących wzdłuż ścian. Zdawały się być pod kamieniem i oplatały wszelkie kształty, które są wypełnione poniżej – korytarz i schody. Jakby ktoś w zaprawę lub tuż po kamień położył stalową siatkę i przykrył ją okładziną. Było to bardzo niepokojące i Jean Paul podzielił się tą wieścią z innymi.
Ważne było zaś jeszcze coś innego – mieli jedzenie i picie. Do tego schronienie w pomieszczeniu poniżej przed ciekawskimi oczami. Jeśli uda się uruchomić zamknięcie tej komnaty od górnego poziomu to będą bezpieczni nawet, jeśli ktoś wejdzie do środka. Trzeba było tylko znaleźć sposób by takowe zamknięcie zadziałało. Thorek potwierdził, że taka budowa schodów i układ płyt może skrywać zamknięcie, ale mechanizm do niego jest skryty głęboko w skale. Możliwe, że kluczem do tego (i to do tego dosłownym) jest tablica zrobiona z czerwonego metalu z dziesięcioma cyframi umieszczonymi na kafelkach. Były one ruchome i najwyraźniej ich wciśnięcie coś mogło uruchomić.
Pomieszczenie z tablicą było równie wielkie, jak te powyżej. Jednak jego część była oddzielona Druga salastalową kratą, której grube bolce wchodziły w kamienną podłogę. Trzeba było ogromnej siły by to podnieść lub znalezienie mechanizmu, który by to robił. W końcu ktoś to musiał podnosić by przejść dalej i nie korzystał przy tym tylko ze swoich mięśni. Nawet jeśli to był krasnolud. Ostatnim znaleziskiem tutaj były trzy ciała, które doskonale zachowane leżały pośród kurzu. Zdawały się spać, choć zamknięte oczy nie poruszały się a klatka piersiowa się nie poruszała. Wszyscy byli krasnoludami. Odpowiednio uzbrojonymi i wyekwipowanymi. Wszystko mieli zrobione albo ze skór albo z czerwonawego metalu, który zdawał się być wszędzie. Nie dawało mu to spokoju więc postanowił zbadać co to jest. Emanowało blaskiem magicznym niemal identycznym jak spaczeń, ale nie był spaczeniem. Podejrzewał, że to jakiś rafinat dodawany do stali i zmieniające jej właściwości. Na jakie? Tego nie wiedział, ale te krasnoludy zdawały się korzystać z tego ile wlezie. Ich ciała posiadały w różnym stopniu zespolenie z tym metalem, który wrastał w skórę, zastępował drobne kawałki chrząstek czy nawet paznokci albo zębów. To zespolenie ciała z metalem było bardzo wielce niepokojące. Nawet Rainer zadumał się nad tym, bo nie słyszał dotychczas o czymś takim. Nie było o tym wzmianek w księgach a to oznacza, że wiedza o tym, jedyna wiedza, spoczywa gdzieś tutaj.
Zarówno mag jak i kapłan dotknęli metalu – od razu zaczęła im płynąć krew z nosa i czuli ból. Krasnolud miał za to używanie, bo od razu przysposobił sobie topór zrobiony z tego metalu, który leżał przy jednym z ciał. I nic mu nie było. Sprawdzanie komnaty trwało. Inni przenosili jedzenie i picie z góry a Jean Paul kombinował, co tu zrobić. Metodą prób i błędów odkrył, że kombinacja, jaką trzeba wystukać to trzy kafelki. Czekała ich zatem pracowita noc.
Zebrali się wszyscy wokół żarcia i zastanawiali się co dalej. Przejścia do drugiej części pomieszczenia broniła krata, którą trzeba było podnieść. Wyjście na górę broniło zamknięcie, które trzeba było zamknąć. I jeszcze ta magia wszędzie, a w zasadzie jej brak. W głowie maga kłębiło się wiele myśli, ale nic co by dawało odpowiedź odnośnie czerwonego metalu i braku magii. Rzucona inspiracja niewiele dawała poza jednym – od jednego z ciał dał się słyszeć zgrzyt i po Trzecia salachwili w tym miejscu stał już krasnolud gotowy do walki. Nie wyglądał jakby chciał gadać a potężny topór kreślił już ósemki w powietrzu. Thorek ruszył mu naprzeciw razem z Rainerem. Dwóch tak doświadczonych wojowników nie miało problemów z jednym przeciwnikiem. Krasnolud ponownie padł bez życia. Brzęknął topór padający na kamienną podłogę. Zatem to miejsce miało swoich obrońców.
Przyszedł czas na stukanie w kafelki. Metodycznie i systematycznie Thorek zaczął wciskać kafelki. Kolejne próby nic nie dawały aż wreszcie przy kombinacji 120 coś zgrzytnęło i część podłogi odsunęła się pokazując składzik z narzędziami. Widać, że był to warsztat, gdzie pewnie naprawiano urządzenia lub broń. Był pełen zestaw kowalski, śrubki i gwoździe do tego. Była też tabliczka z kilkoma trójliczbowymi kombinacjami. Możliwe, że były to te, które wykorzystywano tutaj. I spróbowano je po kolei. Był to słuszny trop bo zarówno zamknięcie na górę jak i podnoszenie kraty było już znane. Do tego udało się też otworzyć bliźniacze pomieszczenie w podłodze obok. Było pełne uzbrojenia wykonanego oczywiście z tego samego czerwonego metalu, co reszta przedmiotów.
Nie czekano na odpoczynek, posiłek czy sen. Od razu wszyscy przeszli do kolejnych schodów i zeszli na dół. Tam już trafili do kwater mieszkalnych. Świadczyła o tym znacznie większa liczba ciał krasnoludów oraz liczne pomieszczenia o charakterze mieszkalnym. Była jadalnia, sala ćwiczeń oraz pomieszczenia dla kobiet i dzieci. Pomyślano o wszystkim – jakby było to miejsce przygotowane specjalnie do życia dla specyficznego klanu. Wszystko, co było drewniane rozpadło się w pył i tylko rzeczy z czerwonawego metalu trzymały się i błyszczały jak nowe. Samo wejście tutaj broniły dwa potężne posągi przedstawiające rosłych krasnoludów z młotami. Wykonano je oczywiście z metalu a dbałość o szczegóły była bardzo niepokojąca. Jak przechodziło się obok nich to miało się wrażenie, że zaraz odwrócą się i rzucą na intruzów. Wyjście stąd było jedno i oczywiście schodziło w dół. Już z tego poziomu było widać, że coś na dole się czerwieni – jakaś poświata czy coś podobnego – i bije ciepło.
Wszyscy popatrzyli na siebie i czekali z decyzją o dalszej podróży.

Przy kręguOtto von Ducht kończył przeglądać ciała w stanicy. Nie miały żadnych obrażeń ani znaków pod skórą. Jakby w jednej chwili wessano ich życie i upadli tam, gdzie to ich zastało. Zgodnie z relacją dwóch strażników, toczyły się tu walki, ale na dziedzińcu stanicy, nie w środku. Hordy nieumarłych i wampiry próbowały się tu wedrzeć, ale nie dały rady. Dopiero potem, jak niebezpieczeństwo zostało zażegnane, to otworzono drzwi do budynku. I zastano same trupy. Otto raz jeszcze spojrzał w szkliste oczy ślicznej kobiety wyglądającej na szlachciankę. Odsłonił zęby, spojrzał na szyję, zajrzał pod paznokcie, ale niczego niepokojącego nie znalazł. Nie miał pojęcia, kto to mógł zrobić. Miał za to pewność, że to nie było dzieło żadnej istoty żywej będącej obywatelem Imperium. Wykluczało to również poszukiwanych przez Śledczego czterech osobników mających konszachty z wampirami. Przeszedł się uważnie pomiędzy ciałami. Widział, że ludzie stali i czekali na niego by zacząć sprzątanie tego bałaganu. Nie mogli tego zrobić zanim on im tego nie powie. A nie zrobi tego póki będzie miał pewność, że już wszystko wyczytał. Sprawdził ułożenie ciał, śladów i otoczenia. Ktoś po ich śmierci zabrał niektórym coś – widział otarcia na palcach i szyjach. Niemal typowe jak przy szabrowaniu zwłok czy plądrowaniu krypt. Ponieważ po bitwie niewiele osób przeżyło, zatem to musiała być robota podejrzanych. „Rabunek” zanotował sobie w głowie Śledczy. Przeszedł też na piętro do pokoi. Nie znalazł niczego specjalnego poza jednym, którego zamek został wyłamany. W środku nie było jednak oznak walki czy rozbijania czegokolwiek. Najwidoczniej wzięto coś co leżało na wierzchu lub nie znaleziono czegoś. Spojrzał na łóżko i pod nie, pod krzesło i wyjrzał przez okno. Padało, co skutecznie zatarło wszelkie ślady. Strażnicy powiedzieli, że podejrzani przeszli na drugą stronę Talabeku i ruszyli do starego kręgu druidów. Ma w planach wizytę tam, ale musi jeszcze zebrać tutaj wszystko, co jest tylko możliwe. Potem będzie to zadeptane i rozmyte, a to nie służy sprawie.
Deszcz wpadał do pokoju przez otwarte okno. Zamknął je czym prędzej i usiadł na łóżku. Wtedy dostrzegł to na podłodze. Ślad po kroplach urywał się, jakby ta część podłogi była pokryta łojem. Nie przyjmowała wody i nie zostawały po niej mokre ślady. Otworzył okno, zebrał w dłoń więcej deszczu i rzucił na podłogę. Kształt układał się w koło z pentagramem. Wykonanie z wosku. Dlatego woda opływała go. To pewnie część rytuału lub obrzędu. Ktoś, kto tu mieszkał, dbał o to by nikt się o tym nie dowiedział. Ciekawe, co też ukrywał. Otto sprawdził raz jeszcze pokój, po czym zszedł na dół.
- Strażniku – zawołał na strażnika czekającego w drzwiach. To ten sam, który uczestniczył w walkach. – Był tu jeszcze jeden mag, wspominałeś. Wiesz może, kto to?
- Nie, nie pamiętam też jak się nazywał. Ale strasznie się puszył i zapewniał, że o wszystko zadba i nikomu nic się nie stanie. Wspominał o czystości ducha i potędze światła.
Otto chwilę zmyślił się. Światło, świecie i czystość. Tylko jedno kolegium przykłada do tego wagę. Biali magowie. Z tego, co pamiętał, to zajmowali się walką z demonami. Stosowany pentagram na górze był częścią obrzędu, możliwe, że ochronną. Zatem ten mag miał coś ze sobą i to coś najwyraźniej nie było takie bezpieczne, jak zwykłe przedmioty.
- A czy ci ludzie, którzy poszli do kręgu, nie mieli czegoś ze sobą z karczmy. Jakiegoś worka, skrzyni, szkatuły czy coś? – spytał.
- Panie, mieli dużo worków. Szykowali się do wyprawy, bo chcieli ruszać do Kisleva na statku. Wspominali, że zabierają ze sobą jedną rzecz, która jest bardzo niebezpieczna. Nie mówili, co to jest, ale wyglądali na pewnych swoich decyzji.
- Dobrze, dziękuję. Zaprowadź mnie jeszcze do kręgu i już będziesz wolny
Zeszli do łodzi, przeprawili się na drugą stronę i ruszyli w deszczu przez rzadkie krzaki w stronę kręgu. Umysł Otto cały czas pracował i starał się odkryć, co dalej. Najwyraźniej ucieczka przed wampirami się udawała. W stanicy się nie udało, bo odparli atak a teraz ruszyli tutaj… Wybrali krąg, magiczny krąg. Liczyli, że może do czegoś im się przyda. Stare kręgi mają w sobie prastarą magię zdolną do wszystkiego. Może chcieli coś zniszczyć albo wykorzystać. Coś z całą pewnością było na rzeczy.
Krąg stał pośród traw i chaszczy. Nie były one gęste a linia kamieni i przestrzeń między nimi były doskonale widoczne. Znalazł kilka tropów, ale nie wskazywały, by była tu walka czy inne gwałtowne zdarzenie. Najważniejsze było zaś to, że nie było śladów odchodzących. Jakby przyszli tutaj i już nie wrócili do rzeki.
- Czekaliście na nich tutaj? – Otto zapytał strażnika.
- Nie, mieli wsiąść na statek. My im tylko wskazaliśmy drogę. Potem ruszyliśmy do Talabheim.
- Nie widzieliście ich potem, prawda?
- Nie, nikogo.
Przeklęta magiaSzorstka broda zachrzęściła jak przejechał po niej palcami. Śledczy patrzył na krąg i starał się odkryć, co też takiego mogło się tu stać. Ślady były sprzeczne, jakby kręcono się wokół. Podchodzono do jednego ze ściętych drzew i potem wracano do kręgu. Musieli przecież jakoś się wydostać. Nie było ciał, nie było śladów, nie było niczego. Z każdą minutą musiał przyznać, że chyba im się udało a trop definitywnie tu się urywa. Musiała zadziałać magia. Albo wampiry dopadły ich i porwały. Bez walki by to się nie odbyło, więc to odpada. Zostaje magia. Przeklęta magia, która jest tylko przeszkodą zamiast pomocą. Ze złości kopnął kępę trawy i wrócił do łódki. Kilka rzeczy musi sprawdzić, ale to już w Talabheim. Tutaj sprawa została zakończona. Na razie.

Comments

Podoba mi się. Tropy urwane, wampiry i śledczy mogą nas szukać do woli, w końcu można chyba już powiedzieć co zabiło ludzi w karczmie.
Jesteśmy wolni i możemy iść. Mamy jedzenie i sprzęt.

To co mnie zastanawia, jakim prawem jeszcze żyjemy. Ja byłem na około 10÷20 obrażeń. To chyba PP poszedł ?

Oby tylko się w coś nie wpieprzyć. Hans tutaj ma rację – znowu coś otworzymy i będziemy uciekać.
Dlatego trzeba mocno spoliczkować Rainera bo sie zajarał pladrowaniem siedziby klanu krasnoludow, pilnować Thoreka etc. Orkow bym się nie bal. Tylko większych spraw tj. tego wiersza w krypcie o stali w ciemności i o swietle zmiszonym do ciemności , pytania co położyło do snu cały klan. Btw chyba na dole będzie konstrukt albo golem. Nie magiczny ale mechaniczny i 100 odporny na magię.

Ps. Marcin:
1. Czy po oględzinach posągów krasnoludzkich, ciał terminatorów , ścian, znaków etc – cokolwiek wskazuje na chaos w tej siedzibie ? Mam na myśli odczucia z witchsight /bez detecta?/ oraz jakieś znaki które mogą mieć gdzieś zawarty znak chaosu ? Może znak ojców założycieli krasnoludki np Grimnira ? Czy kompletnie NIC ?

2. Czy jednoznacznie mogę ocenić kiedy napisano wiersz to jest czasy magnusa poboznego i czy pisał to mag ludzki? Pisał go krwią ? Wtedy kolegium magiczne wogóle istniało ?

 

Jedyne co wskazuje na chaos to ten czerwonawy metal – masz odczucie jak od spaczenia choć nie jest to spaczeń. Nie wiadomo co robi, jak działa czy jakie są jego parametry. W zasadzie po tym, co do tej pory widzieliście i doświadczyliście to można stwierdzić, że on jest odpowiedzialny za brak magii w tym miejscu (lub w zasadzie jej supresję). Jednak on coś z tą magią robi, bo magia jest wygaszana, ale moc nie ucieka tylko jest kanalizowana. Tak ci się wydaje :)
Na ścianach, ozdobach czy coś takiego nie ma żadnych znanych ci znaków chaosu – zwyczajowych i magicznych. Brak też oznaczeń klanowych, napisów czy czegoś podobnego. Jedynie te cyfry na kafelkach i znaki na misach.
Co do wiersza – wykonany przez wydrapanie w kamieniu czymś ostrym i wzmocnione czarem by się utrzymało. Nie wiadomo czy pisał to człowiek czy elf – charakter pisma też na to nie wskazuje. Magia światła istniała od zawsze więc nie musiał to robić kolegialny mag. Kolegia istnieją od ponad 300 lat i jeśli robił to ktoś wcześniej to mógł posługiwać się pierwotną magią światła.

 

proste pytanie czy magia z przedmiotów jest wysysana i kanalizowana przez te linie mocy ukryte w ścianach, podłogach siedziby Krasnoludów, drugie pytanie czy dekoracje lub jej brak przypominają w jakiś sposób pierścien czy młot który zniszczyliśmy ? chodzi mi o styl architektury pomieszczeń.. jej surowość, i jak Thorek reguje na te pomieszczenia? Siedziba mogła powstać poddczas budowy zigguratu, może jeszcze gdy bogów krasnoludzkich niebyło ??? A co do wiersza to tylko elf mógł go napisać… i zgodzę się z Thorekem, że nic dobrego to nie wróży…

 
tego o tym że magię sobie zbierają nie wiedziałem. Na dole coś jest zasilane albo ładowane.

To jaki kolor miał ten krasnolud terminabór w witchsight jak wstał ?
Zasilany był magią ? Był jeszcze żywy ?

umiem przewidzieć co się stanie jeśli użyje tu np. pierścienia lub bicza ? Czy to miejsce zassie cała magię i przedmiot nie zadziała ?

 

zassie bo przecież ja użyłem modlitwy trudności 7 przy samym wejściu i terminabór wstał.

 

Tego nie wiecie że magia jest kanalizowana i gdzieś magazynowana – możecie się domyślać po tym jak działa tu magia. A ponieważ za wiele jej nie używaliście to nie wiecie wiele więcej. Rozkład wiatrów magii (ich śladowych ilości) właśnie daje taką tezę, ale ona też wymaga jeszcze potwierdzenia – za krótko tu jesteście by to wiedzieć na 100%. Dotychczasowa wiedza w tym zakresie się nie przyda bo nigdy o czymś takim nie słyszeliście i historycznie też to nie wystąpiło. Może ten metal to magazynuje, może wytwarza coś w rodzaju pola, może kamień, który je otacza – nie znacie odpowiedzi na te pytania w tej chwili. Jedynie domysły.
Nic nie przypomina młota czy pierścienia – poza oczywiście samymi symbolami młota czy młotów trzymanych przez duże posągi krasnoludów. Są jednak inne, bardziej masywniejsze i oczywiście wykonane z czerwonej stali a nie kamienia.
W witchsighcie nie widziałeś nic bo on nie generował wiatrów magii zatem był normalny. Nie wiadomo, czy był zasilany magią. Czy był żywy? Ruszał się i walczył, więc możliwe że tak choć może być to inaczej pojęte życie. Jedyne zdarzenie bezpośrednio związane z jego wstaniem jest rzucenie czaru. Jak będzie z przedmiotami magicznymi? Czy siła czaru daje większą moc dla krasnoludów? Czy metal nie wpływa na organizmy żywe? A jeśli tak to jak? Na te pytanie nie znacie odpowiedzi. Pewnie je znajdziecie, jak pobędziecie w okolicy :)

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.