Tysiące Tronów

Marienburg 26 nachexen 2524 od koronacji Sigmara

JekilWyprawa na bagna ruszyła. Jekil okazał się miłym i radośnie nastawionym człowiekiem, który zdaje się znać bagna jak własną kieszeń. Dla każdego chętnego dał napisaną przez siebie książeczkę o wszystko mówiącym tytule “Niesamowity świat bagien”. W niej można znaleźć wszystkie przyjemności i okazy, które można spotkać na bagnach. Każdemu jest przypisany odpowiedni poziom wspaniałości oznaczany żabkami. Ten poziom to miara tego, jak bardzo dane stworzenie jest przystosowane do życia w swoim środowisku, jak współpracuje z otoczeniem oraz jest subiektywną oceną piękności i “ładności”. Subiektywną bo ocenianą przez Jekila.

Krótka rozmowa przed wypłynięciem pozwoliła ustalić kilka faktów dość istotnych dla dalszej podróży. Na miejsce, czyli do świątyni, można dostać się w ciągu jednego dnia lub trzech. Krótsza droga to droga używana przez kultystów. Jekil jej nie poleca o ile podróżnicy chcą zostać anonimowi. Dodatkowo chodzą tam z psami. Jeśli doda się do tego jeszcze fakt, że niektórzy z nich to mutanci, to obraz całości specjalnie zachwycający nie jest. W tej świątyni, zgodnie ze słowami łowczego, odbito dziecko z rąk kultystów. Ponieważ świątynia wydaje się być ciągle aktywna (choć może nie tak jak przed pogromem) to może jest w niej informacja o tym zdarzeniu lub o samej naturze dziecka. Trop został podjęty i wyprawa na bagna została rozpoczęta.

Podczas pierwszego dnia udało się obejrzeć gniazdo sępolicy (nie dotykać odchodów i uważać na 3 metrowe skrzydła) i znaleźć przy nim szkielet z pierścionkiem na palcu. Oczywiście pierścionek trafił do worka na skarby – first catch of the day. Udało się jeszcze zobaczyć tęczankę, która pływała w korzeniach drzew i straszyła swoimi witkami sterczącymi z każdego kawałka ciała. Ich dotyk wywołuje drętwotę oraz trwały paraliż. I na zakończenie dnia udało się przemknąć przez fragment bagiennego kanału wypełnionego wydobywającymi się pęcherzami gazu, które wybuchały na powietrzu. Pomiędzy tymi pływały żarniki i syciły się ogniem i ciepłem. Lawirowanie pomiędzy żarnikami i rozbijanie bąbli zanim wybuchną udało się bardzo dobrze i łódź bez uszkodzeń popłynęła dalej. Wprost na Wyspę Pierwiosnków, gdzie wypadł pierwszy nocleg.

Noc minęła spokojnie i rozpoczął się drugi dzień. Z atrakcji, które przygotował Jekil było jedzenie (a w zasadzie picie) z Twarogów – ogromnych żuków z których wysysa się wnętrze po uprzednim oderwaniu nogi. Miało miejsce również przeniesienie łodzi przez solidny kawał gruntu i przecięcie z dróżką, którą przechadzali się kultyści. Ranald miał w opiece wszystkich, bo nie było nikogo i operacja przejścia na drugą stronę przebiegła bez problemów. Problem zaczął się dopiero przy polance, która opanowana była przez chłostacze. To takie wężowo-padalcowate stworzenia, które swoim językiem wystrzeliwanym z dużą prędkością potrafią zranić człowieka a w dużych ilościach mogą być nawet bardzo niebezpieczne. I takie były … przejście przez ich miejsce żerowania było trudne. Pomogła tu nieoceniona książeczka Jekila, która mówiła, że chłostacze boją się szumu skrzydeł. Dla Maga nie był to problem i zaczął używać czaru, który przywołuje dźwięk takiego szumu. Chłostacze pierzchały przed nim i dawały wolne pole do przejścia. Udało się dzięki temu przejść z łódką to miejsce i nikomu nie stała się krzywda. Nawet krasnolud, choć najwolniejszy, dał radę. Dalsza droga już była prosta. Łódka znów znalazła się w wodzie i dzięki temu udało się podpłynąć do kolejnego miejsca na nocleg. Tym razem wypadł on nie na wyspie tylko na kawałku stabilnego lądu. Tuż obok starych ruin. Bardzo starych.

Mag przeprowadził badania tych ruin i stwierdził, że otacza je zielony wiatr magii, który skrywa kilka jaskrawych punktów mogących uchodzić za przedmioty magiczne. Jekil mówił, że są tu nieumarli i póki co jeszcze się nie pomylił. Nikt jednak nie chciał sprawdzać czy tak jest w rzeczywistości. Światła za krzakami układały się w jakąś linię czy figurę co pozostanie nieodgadnione do powrotu, gdyż obiecano sobie, że w drodze powrotnej zobaczy się, co to takiego.
I wreszcie trzeci dzień, który przemknął szybko i bez problemów. Nocleg wypadł popołudniem już na stałym lądzie. Z tego miejsca przejście ścieżką doprowadzi wszystkich na miejsce – świątynię, z której zabrano dziecko. Droga piechotką zajmie ze 2-3 godziny i jeśli wszystko odbędzie się sprawnie i cicho będzie można podejść pod świątynię niezauważenie.

Comments

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.