Tysiące Tronów

Mroczne Krainy, zachodnia rubież, 9 sigmarzeit 2524 od koronacji Sigmara

Sokół na niebiePopiół jeszcze nie opadł, ale powietrze drapało w gardle i miało gorzki posmak. Zniszczony ziggurat za plecami drużyny zamienił się w plujący ogniem wulkan, który już płonął dobre kilka godzin. Oddalali się od niego tak szybko, na ile pozwalał chód krasnoluda, ale góra malała bardzo wolno. Takie zaburzenie zarówno krajobrazu jak i mocy nie może zostać niezauważone. Mimo rozglądania się to nie udało się zauważyć nic takiego, co wyglądałoby na groźne dla uciekającej grupki. Te kilka godzin wystarczyło by zbliżyć się do gór na zachodzie i oddalić od gorącego miejsca po piramidzie.
Hans przyglądał się okolicy patrząc na ślady. Nie ma ich wiele a te, co są wskazują na małą ilość zwierząt. Najwyżej świstaki, może jakieś gryzonie i jaszczurki. Dało się również dostrzec szybującego wysoko ptaka. Sylwetka sokoła była wyraźna na tle ciemnego nieba i najwyraźniej kołował nad grupą. To nie zwiastowało niczego dobrego. Tylko, że nie bardzo było się gdzie ukryć, bo nie było to większej skały, drzew czy chociażby jaru lub doliny. Z każdym upływającym krokiem rosło niebezpieczeństwo, że coś się przypałęta a samotnie polujący sokół, który niczego jeszcze nie upolował, źle wróżył.
Dziki orkWtedy bystre oczy łowcy wypatrzyły rosnącą chmurę pyłu. Była jeszcze daleko, ale najwyraźniej kierowała się w ich stronę. Mogła być wzbudzona przez chód kilku postaci. O pojazdach można było zapomnieć, ale niewielki oddział był całkiem prawdopodobny. Udało się zajść za jakiś niewielki pagórek, ale sokół wiszący nad nimi widział wszystko bardzo dobrze. O pomyłce nie mogło być mowy i wkrótce napastnicy zbliżyli się na tyle, że można było poznać kto to. Rosłe cielska orków, pokryte tatuażami i uzbrojone w olbrzymie tasaki, nie pozostawiały wątpliwości o zamiarach oddziału. Spośród orków wyróżniał się rosły osiłek będący dowódcą oraz trzymający się z tyłu osobnik z laską zakończoną ptasim dziobem. Każdy z uzbrojonej bandy miał poza tym pokaźną włócznię, którą trzymał w lewym ręku i był gotowy w każdej chwili ją rzucić.
Stanęli niedaleko drużyny pewni, że ta nie ucieknie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że oni o tym wiedzieli. Nie ma się gdzie ukryć, krasnolud chodzi zbyt wolno – konfrontacja zdawała się być nieunikniona. Tym bardziej, że szaman zaczął zagrzewać do boju swoich pobratymców wyśpiewując różne dźwięki i starając się ułożyć je w jakieś charkotliwe zdanie. Orki utworzyły krąg wokół swojego szamana i zaczęły potrząsać włóczniami wykrzykując w niebo chrapliwe słowa. Gdy skończyli zostało już tylko jedno – szarża.
Orczy szamanNa nacierające orki spadły strzały oraz świetlne słupy białego ognia. Ryki przemieszały się w okrzykami bólu. To była jedyna szansa na przeżycie tego spotkania – wykorzystanie maksymalne zasięgu i wybicie tylu ilu się uda. Orki nie pozostały dłużne. Kilka włóczni znalazło się w zasięgu i spadło na drużynę. Nie uczyniły wielkiej szkody, choć z niepokojem obserwowano jak wbijają się coraz bliżej wątłej linii utworzonej przez krasnoluda i kapłana.
Hans wyczekiwał aż szaman będzie w zasięgu. Jednak ten trzymał się na uboczu ciągle czarując. On co prawda jeszcze niczego nie poczuł, ale magicy coś narzekali na jakieś duchy, które latają wokół orków i przeszkadzają rzucać czary. On sam ich nie widział, ale nauczył się, że magowi czasami warto zawierzyć. Problemem był teraz wielki ork, którego choppa już zaczęło wywijać niebezpieczne młyńce. Choć do walki dotrwała zaledwie połowa zielonoskórych to było to wystarczające by wgryźć się pomiędzy grupę i rozbić ją. Szaman co i rusz tryskał z oczu zielonymi promieniami trafiając każdego, kogo tylko zobaczył. Orki wywijały tasakami, ale nie mogły przebić się przez pancerze. Co innego magia – ona przechodziła jak przez papier. Najpierw padł krasnolud, potem mag. Hans zdołał strzelić kilka razy w stronę szamana i został przez niego namierzony i położony. Jednak zanim to się stało to orki też solidnie zostały przetrzebione. Szaman dał sygnał do odwrotu osłaniając wycofujących się swoją magią. Najwyraźniej znał ludzi i spodziewał się, że nie odstąpią. Nadal pchali się do walki, choć zarówno dowódca jak i jeden z jego żołnierzy już nie atakowali. Nie mógł pozostać dłuży i dlatego uziemił łucznika a gdy kapłan, jako ostatni ruszył na dowódcę i on został spacyfikowany. Już nie cofał się by sprawdzić czy jego czary zadziałały. Ważniejsze było wydostanie wodza z opresji. Po ludziów jeszcze wrócą, przecież daleko nie odejdą.
A tymczasem na polu walki drużyna zaczęła dochodzić do siebie. Kapłan poleczył maga ten potem korzystając obficie z magii zaczął leczenie. Paskudne obrażenia od magii goiły się jak ręką odjął a krwotoki się zasklepiały. Magia pulsowała wokół i jarzyła się blaskiem, którego nic nie zdołało przygasić. Po kwadransie już wszyscy byli na nogach i mogli kontynuować marsz. Nie chciano napotkać ponownie zielonoskórych więc tropiciel obrał drogę na południowy zachód i nakazał szybkie oddalenie się od tego miejsca. Na niebie nie było sokoła więc najwyraźniej orki odpuściły. Przynajmniej na jakiś czas. A za plecami wulkan przygasał. Wokół niego zaroiło się od czegoś, co krążyło wokół krateru i wyglądało na olbrzymie. Nikt nie chciał tego spotkać i każdy możliwy zasób energii wydatkował na przemieszczanie się do przodu.
Oddział dzikich orkówGodziny wlokły się tak samo jak Thorek. Jeszcze góra dwa dni i wreszcie dojdą do gór, choć w obliczu tego, co tam można spotkać nie wiadomo czy cieszyć się czy nie. Hans na szpicy nawet nie trudził się w zacieranie śladów. Jeśli ktoś ma sokoła na swoje usługi to znajdzie ich zawsze a zacieranie tylko spowalnia niepotrzebnie całą grupę. Trzeba tylko dobrze wypatrywać drogi przed sobą. I udało się. Kilkaset metrów dalej stało dwóch orków. Wyglądali bardzo podobnie do tych, którzy kilka godzin temu zostali pobici. Przechadzali się po ruinach nie oddalając się za bardzo od ciemnego prostokąta w ziemi. Po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że to niezła dziura w ziemi i zapewnie jest tam jakieś zejście. Tym bardziej, że pojawił się tam trzeci z orków. Coś tam powarkiwali do siebie, ale wyglądali raczej jak stacjonarny patrol lub stanica niż ktoś, kto szykuje zasadzkę lub czeka na posiłki.
Dziura w ziemi była na tyle atrakcyjna, że postanowiono działać. Tam nie dostrzegą ich żadne oczy a kto wie, może są jakieś zapasy, przejścia lub, o czym marzył mag, przedmioty magiczne do sklepiku. Jak tylko wróci z tego piekła to założy własny sklepik z przedmiotami magicznymi i będzie prowadził spokojne życie z dala o niebezpieczeństw i śmierci. Rzeczywistość jednak nie odpuszczała i do tego sklepiku droga nie wydawała się być usłana różami. Tych trzech orków najwyraźniej stało na ścieżce przeznaczenia i trzeba było coś z nimi zrobić. Na szczęście koordynację ataku i jego osobiste przeprowadzenie wziął na siebie kapłan, więc nie mogło być mowy o wycofaniu się czy podstępnym działaniu.
Prosty manewr oskrzydlający związał walką dwóch stojących najbliżej dziury orków. Thorek i Rainer ruszyli i zasypali przeciwnika gradem ciosów. Trzeci, który wychylił się z dziury, dostał dwie strzały od Hansa i padł bez ducha po trzeciej zanim ruszył kamratom na pomoc. Ci tymczasem padali pod ciosami i niewiele mogli zrobić w starciu z furią krasnoluda i determinacją kapłana. Odpłacili się z nawiązką za wcześniejszą bitwę i powalenie ich. Droga w dół stała otworem.
Zwartą grupą zeszli w dół. W ciemności, rozświetlanej jedynie przez świetliki i lampę, nie było nic widać poza korytarzem w dół. Gdy ten się skończył stanęli wszyscy w dużej sali, której architektura i styl wskazywał na krasnoludzką robotę. Na jej środku odkryto zapasy Zejście na dółzielonoskórych, zrabowane pewnie z karawan, bo jeszcze miały kislevskie oznaczenia zapasów wojskowych. Była jeszcze płyta umiejscowiona w takim miejscu, jakby przykrywała zejście na dół. W rogach pomieszczenia i specjalnych miejscach na środku sali stały kamienne naczynia z ozdobnymi rytami w kształcie krasnoludzkiego języka. Dla maga wszystko to było skąpane w czerni, która pluskała tutaj niczym ruczaj. Tylko, że coś dziwnego było z jej naturą. To jak jezioro, które skrywa coś na dnie, tak tutaj czerń zdawała się być tylko otoczką do czegoś, co możliwe, że siedzi pod spodem. Tylko co? Sprawdzanie magii skutecznie zablokowała czerń, poza którą nie było wiele widać.
Pierwsza salaHans przy pomocy Thoreka wpadli na pewien pomysł. Ozdobne naczynia można było określić w szeregu jak poszczególne cyfry w alfabecie. To dawało kolejność, którą można zastosować do zapalenia oliwy w środku. Jednak po podliczeniu wszystkich znaków okazało się, że brakuje jednego naczynia. Nic nie wskazywało by było gdzieś jeszcze, bo symetryczne rozmieszczenie widocznych punktów nie jest zaburzone. Jean Paul niewiele się zastanawiał – ostatnimi czasy tak mocno i silnie polegał na magii, że bez niej nic już nie może zrobić. Dlatego teraz też zapłonął w jego rękach czar odkrywający prawdę i iluzję. Nie łudził się, że to coś pomoże, ale nie zaszkodzi. I udało się, bo okazało się, że na jednej ze ścian jest wejście zamaskowane iluzją do kolejnego pomieszczenia. Na jego środku stało brakujące naczynie i dopełniające szereg liczb. Pozostało teraz tylko zapalić ogień w misach i czekać na to, co się stanie.
Ze zgrzytem płyta z pentagramem leżąca pomiędzy niewielkimi tralkami zaczęła się przesuwać na środek komnaty. Pentagram płonął a wszelka czerń rozpierzchła się w obliczu bieli, która zabłysła jak latarnia w ciemności. Wraz z rozbłyskiem z kamienia spadła warstwa kruszywa odsłaniając napis. Wykonany był w języku magicznym i był równie enigmatyczny jak wszystko do tej pory, co dotyczyło tego miejsca.

„Światło zmuszone do mroku
Zgrzyt żelaza z czeluści dobiega
To krzyk wrogów naszych wrogów
Ich zemsta czeka na światło
I czerń ciemniejsza od mroku
Zaleje ziemię stalowym życiem.”

Kamienna płyta odsłoniła zejście na dół w postaci schodów. Zawiało z ciemności kurzem i starym kamieniem. Jak mag zszedł kilka schodów na dół i sprawdził, jaka magia na niego czeka poniżej to aż usiadł z bólu i wrażeń, które zalały jego głowę. Krew popłynęła z nosa i dziwne ukłucie w głowie brzmiało jeszcze kilka chwil po udanym sprawdzaniu magii. To, co od razu rzucało się w oczy to brak wiatrów magii. Jakby cała magia została wyrugowana i wyssana. Zostały jej śladowe ilości wystarczające do rzucenia ognika, ale nie poważnych czarów. I jeszcze jeden szczegół utkwił w głowie – widok czerwonych nitek biegnących wzdłuż ścian. Zdawały się być pod kamieniem i oplatały wszelkie kształty, które są wypełnione poniżej – korytarz i schody. Jakby ktoś w zaprawę lub tuż po kamień położył stalową siatkę i przykrył ją okładziną. Było to bardzo niepokojące i Jean Paul podzielił się tą wieścią z innymi.
Ważne było zaś jeszcze coś innego – mieli jedzenie i picie. Do tego schronienie w pomieszczeniu poniżej przed ciekawskimi oczami. Jeśli uda się uruchomić zamknięcie tej komnaty od górnego poziomu to będą bezpieczni nawet, jeśli ktoś wejdzie do środka. Trzeba było tylko znaleźć sposób by takowe zamknięcie zadziałało. Thorek potwierdził, że taka budowa schodów i układ płyt może skrywać zamknięcie, ale mechanizm do niego jest skryty głęboko w skale. Możliwe, że kluczem do tego (i to do tego dosłownym) jest tablica zrobiona z czerwonego metalu z dziesięcioma cyframi umieszczonymi na kafelkach. Były one ruchome i najwyraźniej ich wciśnięcie coś mogło uruchomić.
Pomieszczenie z tablicą było równie wielkie, jak te powyżej. Jednak jego część była oddzielona Druga salastalową kratą, której grube bolce wchodziły w kamienną podłogę. Trzeba było ogromnej siły by to podnieść lub znalezienie mechanizmu, który by to robił. W końcu ktoś to musiał podnosić by przejść dalej i nie korzystał przy tym tylko ze swoich mięśni. Nawet jeśli to był krasnolud. Ostatnim znaleziskiem tutaj były trzy ciała, które doskonale zachowane leżały pośród kurzu. Zdawały się spać, choć zamknięte oczy nie poruszały się a klatka piersiowa się nie poruszała. Wszyscy byli krasnoludami. Odpowiednio uzbrojonymi i wyekwipowanymi. Wszystko mieli zrobione albo ze skór albo z czerwonawego metalu, który zdawał się być wszędzie. Nie dawało mu to spokoju więc postanowił zbadać co to jest. Emanowało blaskiem magicznym niemal identycznym jak spaczeń, ale nie był spaczeniem. Podejrzewał, że to jakiś rafinat dodawany do stali i zmieniające jej właściwości. Na jakie? Tego nie wiedział, ale te krasnoludy zdawały się korzystać z tego ile wlezie. Ich ciała posiadały w różnym stopniu zespolenie z tym metalem, który wrastał w skórę, zastępował drobne kawałki chrząstek czy nawet paznokci albo zębów. To zespolenie ciała z metalem było bardzo wielce niepokojące. Nawet Rainer zadumał się nad tym, bo nie słyszał dotychczas o czymś takim. Nie było o tym wzmianek w księgach a to oznacza, że wiedza o tym, jedyna wiedza, spoczywa gdzieś tutaj.
Zarówno mag jak i kapłan dotknęli metalu – od razu zaczęła im płynąć krew z nosa i czuli ból. Krasnolud miał za to używanie, bo od razu przysposobił sobie topór zrobiony z tego metalu, który leżał przy jednym z ciał. I nic mu nie było. Sprawdzanie komnaty trwało. Inni przenosili jedzenie i picie z góry a Jean Paul kombinował, co tu zrobić. Metodą prób i błędów odkrył, że kombinacja, jaką trzeba wystukać to trzy kafelki. Czekała ich zatem pracowita noc.
Zebrali się wszyscy wokół żarcia i zastanawiali się co dalej. Przejścia do drugiej części pomieszczenia broniła krata, którą trzeba było podnieść. Wyjście na górę broniło zamknięcie, które trzeba było zamknąć. I jeszcze ta magia wszędzie, a w zasadzie jej brak. W głowie maga kłębiło się wiele myśli, ale nic co by dawało odpowiedź odnośnie czerwonego metalu i braku magii. Rzucona inspiracja niewiele dawała poza jednym – od jednego z ciał dał się słyszeć zgrzyt i po Trzecia salachwili w tym miejscu stał już krasnolud gotowy do walki. Nie wyglądał jakby chciał gadać a potężny topór kreślił już ósemki w powietrzu. Thorek ruszył mu naprzeciw razem z Rainerem. Dwóch tak doświadczonych wojowników nie miało problemów z jednym przeciwnikiem. Krasnolud ponownie padł bez życia. Brzęknął topór padający na kamienną podłogę. Zatem to miejsce miało swoich obrońców.
Przyszedł czas na stukanie w kafelki. Metodycznie i systematycznie Thorek zaczął wciskać kafelki. Kolejne próby nic nie dawały aż wreszcie przy kombinacji 120 coś zgrzytnęło i część podłogi odsunęła się pokazując składzik z narzędziami. Widać, że był to warsztat, gdzie pewnie naprawiano urządzenia lub broń. Był pełen zestaw kowalski, śrubki i gwoździe do tego. Była też tabliczka z kilkoma trójliczbowymi kombinacjami. Możliwe, że były to te, które wykorzystywano tutaj. I spróbowano je po kolei. Był to słuszny trop bo zarówno zamknięcie na górę jak i podnoszenie kraty było już znane. Do tego udało się też otworzyć bliźniacze pomieszczenie w podłodze obok. Było pełne uzbrojenia wykonanego oczywiście z tego samego czerwonego metalu, co reszta przedmiotów.
Nie czekano na odpoczynek, posiłek czy sen. Od razu wszyscy przeszli do kolejnych schodów i zeszli na dół. Tam już trafili do kwater mieszkalnych. Świadczyła o tym znacznie większa liczba ciał krasnoludów oraz liczne pomieszczenia o charakterze mieszkalnym. Była jadalnia, sala ćwiczeń oraz pomieszczenia dla kobiet i dzieci. Pomyślano o wszystkim – jakby było to miejsce przygotowane specjalnie do życia dla specyficznego klanu. Wszystko, co było drewniane rozpadło się w pył i tylko rzeczy z czerwonawego metalu trzymały się i błyszczały jak nowe. Samo wejście tutaj broniły dwa potężne posągi przedstawiające rosłych krasnoludów z młotami. Wykonano je oczywiście z metalu a dbałość o szczegóły była bardzo niepokojąca. Jak przechodziło się obok nich to miało się wrażenie, że zaraz odwrócą się i rzucą na intruzów. Wyjście stąd było jedno i oczywiście schodziło w dół. Już z tego poziomu było widać, że coś na dole się czerwieni – jakaś poświata czy coś podobnego – i bije ciepło.
Wszyscy popatrzyli na siebie i czekali z decyzją o dalszej podróży.

Przy kręguOtto von Ducht kończył przeglądać ciała w stanicy. Nie miały żadnych obrażeń ani znaków pod skórą. Jakby w jednej chwili wessano ich życie i upadli tam, gdzie to ich zastało. Zgodnie z relacją dwóch strażników, toczyły się tu walki, ale na dziedzińcu stanicy, nie w środku. Hordy nieumarłych i wampiry próbowały się tu wedrzeć, ale nie dały rady. Dopiero potem, jak niebezpieczeństwo zostało zażegnane, to otworzono drzwi do budynku. I zastano same trupy. Otto raz jeszcze spojrzał w szkliste oczy ślicznej kobiety wyglądającej na szlachciankę. Odsłonił zęby, spojrzał na szyję, zajrzał pod paznokcie, ale niczego niepokojącego nie znalazł. Nie miał pojęcia, kto to mógł zrobić. Miał za to pewność, że to nie było dzieło żadnej istoty żywej będącej obywatelem Imperium. Wykluczało to również poszukiwanych przez Śledczego czterech osobników mających konszachty z wampirami. Przeszedł się uważnie pomiędzy ciałami. Widział, że ludzie stali i czekali na niego by zacząć sprzątanie tego bałaganu. Nie mogli tego zrobić zanim on im tego nie powie. A nie zrobi tego póki będzie miał pewność, że już wszystko wyczytał. Sprawdził ułożenie ciał, śladów i otoczenia. Ktoś po ich śmierci zabrał niektórym coś – widział otarcia na palcach i szyjach. Niemal typowe jak przy szabrowaniu zwłok czy plądrowaniu krypt. Ponieważ po bitwie niewiele osób przeżyło, zatem to musiała być robota podejrzanych. „Rabunek” zanotował sobie w głowie Śledczy. Przeszedł też na piętro do pokoi. Nie znalazł niczego specjalnego poza jednym, którego zamek został wyłamany. W środku nie było jednak oznak walki czy rozbijania czegokolwiek. Najwidoczniej wzięto coś co leżało na wierzchu lub nie znaleziono czegoś. Spojrzał na łóżko i pod nie, pod krzesło i wyjrzał przez okno. Padało, co skutecznie zatarło wszelkie ślady. Strażnicy powiedzieli, że podejrzani przeszli na drugą stronę Talabeku i ruszyli do starego kręgu druidów. Ma w planach wizytę tam, ale musi jeszcze zebrać tutaj wszystko, co jest tylko możliwe. Potem będzie to zadeptane i rozmyte, a to nie służy sprawie.
Deszcz wpadał do pokoju przez otwarte okno. Zamknął je czym prędzej i usiadł na łóżku. Wtedy dostrzegł to na podłodze. Ślad po kroplach urywał się, jakby ta część podłogi była pokryta łojem. Nie przyjmowała wody i nie zostawały po niej mokre ślady. Otworzył okno, zebrał w dłoń więcej deszczu i rzucił na podłogę. Kształt układał się w koło z pentagramem. Wykonanie z wosku. Dlatego woda opływała go. To pewnie część rytuału lub obrzędu. Ktoś, kto tu mieszkał, dbał o to by nikt się o tym nie dowiedział. Ciekawe, co też ukrywał. Otto sprawdził raz jeszcze pokój, po czym zszedł na dół.
- Strażniku – zawołał na strażnika czekającego w drzwiach. To ten sam, który uczestniczył w walkach. – Był tu jeszcze jeden mag, wspominałeś. Wiesz może, kto to?
- Nie, nie pamiętam też jak się nazywał. Ale strasznie się puszył i zapewniał, że o wszystko zadba i nikomu nic się nie stanie. Wspominał o czystości ducha i potędze światła.
Otto chwilę zmyślił się. Światło, świecie i czystość. Tylko jedno kolegium przykłada do tego wagę. Biali magowie. Z tego, co pamiętał, to zajmowali się walką z demonami. Stosowany pentagram na górze był częścią obrzędu, możliwe, że ochronną. Zatem ten mag miał coś ze sobą i to coś najwyraźniej nie było takie bezpieczne, jak zwykłe przedmioty.
- A czy ci ludzie, którzy poszli do kręgu, nie mieli czegoś ze sobą z karczmy. Jakiegoś worka, skrzyni, szkatuły czy coś? – spytał.
- Panie, mieli dużo worków. Szykowali się do wyprawy, bo chcieli ruszać do Kisleva na statku. Wspominali, że zabierają ze sobą jedną rzecz, która jest bardzo niebezpieczna. Nie mówili, co to jest, ale wyglądali na pewnych swoich decyzji.
- Dobrze, dziękuję. Zaprowadź mnie jeszcze do kręgu i już będziesz wolny
Zeszli do łodzi, przeprawili się na drugą stronę i ruszyli w deszczu przez rzadkie krzaki w stronę kręgu. Umysł Otto cały czas pracował i starał się odkryć, co dalej. Najwyraźniej ucieczka przed wampirami się udawała. W stanicy się nie udało, bo odparli atak a teraz ruszyli tutaj… Wybrali krąg, magiczny krąg. Liczyli, że może do czegoś im się przyda. Stare kręgi mają w sobie prastarą magię zdolną do wszystkiego. Może chcieli coś zniszczyć albo wykorzystać. Coś z całą pewnością było na rzeczy.
Krąg stał pośród traw i chaszczy. Nie były one gęste a linia kamieni i przestrzeń między nimi były doskonale widoczne. Znalazł kilka tropów, ale nie wskazywały, by była tu walka czy inne gwałtowne zdarzenie. Najważniejsze było zaś to, że nie było śladów odchodzących. Jakby przyszli tutaj i już nie wrócili do rzeki.
- Czekaliście na nich tutaj? – Otto zapytał strażnika.
- Nie, mieli wsiąść na statek. My im tylko wskazaliśmy drogę. Potem ruszyliśmy do Talabheim.
- Nie widzieliście ich potem, prawda?
- Nie, nikogo.
Przeklęta magiaSzorstka broda zachrzęściła jak przejechał po niej palcami. Śledczy patrzył na krąg i starał się odkryć, co też takiego mogło się tu stać. Ślady były sprzeczne, jakby kręcono się wokół. Podchodzono do jednego ze ściętych drzew i potem wracano do kręgu. Musieli przecież jakoś się wydostać. Nie było ciał, nie było śladów, nie było niczego. Z każdą minutą musiał przyznać, że chyba im się udało a trop definitywnie tu się urywa. Musiała zadziałać magia. Albo wampiry dopadły ich i porwały. Bez walki by to się nie odbyło, więc to odpada. Zostaje magia. Przeklęta magia, która jest tylko przeszkodą zamiast pomocą. Ze złości kopnął kępę trawy i wrócił do łódki. Kilka rzeczy musi sprawdzić, ale to już w Talabheim. Tutaj sprawa została zakończona. Na razie.

View
Mroczne Krainy, zachodnia rubież, 8 sigmarzeit 2524 od koronacji Sigmara

Mroczne KrainyHans prowadził. Nie podobało mu się tu, ale i tak było o niebo lepiej niż w mieście. Wreszcie miał tropy, miał dzicz i umiał się w tym wszystkim orientować. Dla zwiadowcy nie ma lepszej rzeczy niż obcowanie z naturą w jej naturalnym środowisku. Źle, że to środowisko nie było do końca normalne i bezpieczne, ale przynajmniej było. Pamiętał Altdorf i nie chciał więcej powtórzyć tego doświadczenia.
Wejście do zigguratu było przed nimi. Kamienny pierwszy stopień miał prawie sześć metrów wysokości i aby wejść na niego, trzeba było sobie wykuć w skale kilka schodów i wspiąć się. Samo wejście nie było zamknięte drzwiami czy innymi takimi rzeczami. Takie swobodne wejście miało swoją cenę – magia promieniowała z wąskiego, kamiennego pasma wokół całego wejścia. Natura tej magii do końca nie była jasna, ale mogła w jakiś sposób znaczyć ciało albo i nawet duszę. Nikt nie chciał nosić na sobie znamion z tych terenów. Thorek przywalił z młota w to pasmo, które posypało się kamiennym pyłem i kamykami na całej szerokości. Magia zniknęła i można było bezpiecznie wejść do środka. Ziggurat
Wnętrze budowli to jedna wielka komora, która czyniła z samego zigguratu pustą wydmuszkę. Potężne puste przestrzenie w zasięgu wzroku i światła wypełnione były suchym powietrzem i zapachem piasku. Magiczne doznania wskazywały na wiele źródeł magii rozsianych wszędzie wokół, także nad nimi. Tak, jakby niektóre z nich wisiały w powietrzu. To było niepokojące, bo wskazywało na iluzję lub manipulację ich postrzegania bez żadnego ostrzeżenia. Swobodnie dotarli do centrum zigguratu by dotrzeć do studni. Nie było wokół niej żadnej barierki i ktoś nieuważny mógł wpaść do niej bez żadnego ostrzeżenia. W dole była tylko czerń i mrok. Także magiczny.
Dla Thoreka nie było tutaj tak pusto. Jak się dostatecznie silnie skupił, to widział ściany, korytarze i schody. Młot dawał mu taką możliwość i powodował, że pokazywał prawdziwe wnętrze piramidy. Widział więc jak reszta chodzi między ścianami, wpada na schody nic sobie nie robiąc i przechodzi przez najgrubsze drzwi jak duchy. Udał się nawet na rekonesans chodząc wokół i wchodząc po schodach. Inni widzieli, że chodzi w powietrzu i nie rozumieli tego. Podejrzewano, że wejście tutaj z magicznym znacznikiem u progu mogło dawać możliwość postrzegania wnętrza. Jednak wiedza o tym ostatecznie zniknęła i teraz jedynie krasnolud mógł widzieć to, co widzieli inni z wizji Rainera.
Podczas rekonesansu Thorek natknął się na kamiennego lwa, którego zabił młotem, na pułapki, skorpiony, wyskakujące ze ściany ostrza i strzałki. Do tego napotkał też magię, która zaklęta w jednej z kul zaczęła wysysać z niego wolę i siłę. Zapuszczanie się w korytarze w pojedynkę mogło powalić nawet jego i czuł, że młot długo nie byłby w stanie go bronić. Zdołał przynieść jedynie jeden pierścień, który zabrał stróżującemu w jego pobliżu lwu. Emanował niebieskim blaskiem i miał w sobie dość silną magię. Był też dowodem na to, że ściany i poziomy istniały tylko inni nie mogli tego dostrzec.
Dziura w skaleByli w zigguracie, wiedzieli co tu się stało i mieli młot. Pozostało zrobić tylko jedno – zniszczyć go. Jednak wizja komnaty z dziesięcioma słupami wstrzymywała wszelkie inne działania. W wizji nie było powiedziane, że jest ona w tym samym miejscu, co ziggurat. Jednak taka możliwość istniała. Wtedy trzeba do wrzucenia młota do dziury podejść ostrożnie. Thorek czuł rozterki i wiedział, że nadszedł czas na wypicie wina i prośba o radę. Obiecano mu, żeby nie wracał, jeśli nie zrobi, co trzeba, ale był w kropce i za wszelką cenę chciał wiedzieć, co robić. Nawet, jeśli miałby zginąć.
Wizja była krótka i bardzo bolesna. Oczywiście spotkał w niej Grimnira. Jednak w porównaniu do poprzedniej bóg był poraniony i zmęczony. Rzucił się na Thoreka i wiele nie powiedział poza wysyczeniem mu w twarz: „Na co jeszcze czekasz głupcze, rzuć go wreszcie”. Po czym oddalił się w ciemność a na horyzoncie było widać ognie, błyski i trwającą w oddali walkę.
Nie pozostało nic innego jak wrzucenie młota do ciemnej dziury. Spadał powoli niknąc w ciemności. Zapadła cisza, w której powoli rodził się pomruk bestii. Bestii z dołu, z samych czeluści ziemi. Instynkt, który nie opuścił nikogo od początku tej przygody, podpowiadał natychmiastową ucieczkę. Zebrali co mogli swojego i pędem ruszyli do wyjścia. Ciepłe powietrze owionęło ich twarze, ale nie zatrzymywali się. Tym bardziej, że ziemia zaczęła drżeć a powietrze wypełnił zapach siarki. Coś nadchodziło spod ziemi i lepiej być jak najdalej złowieszczej budowli.
WybuchWydawało się wszystkim, że są daleko, gdy potężna eksplozja wstrząsnęła powietrzem. Utrzymali się na nogach, ale poczuli potworną moc uwolnioną za ich plecami. Widzieli jak ziggurat pęka zamieniając się w wulkan, który pluł lawą, kamieniami i czarnym dymem wprost w granatowe niebo. Pył zasnuł słońce a kamienie zaczęły spadać wokół jak świeży grad. Płonące szczątki zigguratu i krople ognistej lawy znaczyły żużlową pustynię wokół czarnymi, dymiącymi punktami. Jeśli coś mogło przetrwać to piekło, to lepiej tego nie dotykać. W głowie Jeana Paula zrodziła się myśl o zawróceniu i sprawdzeniu, czy czegoś nie uda się odzyskać z tej pożogi, ale ujrzenie płonących zgliszcz nie zostawiło wątpliwości co do zawartości piasku i resztek.
Znów, jak już kilka razy wcześniej, przed drużyną otwierała się droga i wiele możliwości. Jednak trzeba było najpierw przeżyć, by móc cieszyć się wolnością i korzystać z życia. Nie było wampirów, ale te ziemie skutecznie mogły wypełnić tą lukę i sprawić, że wampiry będą miłym wspomnieniem.

Żagle solidnej kupieckiej kogi wydymały się na wietrze pchając statek wprost na przyjazną redę erengardzkiego portu. Załoga sprawnie zaczęła redukować ich ilość by wytracić prędkość i łagodnie Erengardprzybić do nabrzeża. Kapitan – człowiek głową łysą jak kolano – patrzył na zbliżające się zabudowania portowe i dziękował Mannanowi, że udało się szczęśliwie dotrzeć aż tutaj. Morze Szponów nie jest miejscem lubianym przez żeglarzy. I to nie tylko dlatego, że tutaj warunki dyktuje okrutna natura, ale obecność Norski i ich drapieżnych drakkarów. Wiedział też, że zapłata czeka na niego i będzie ona całkiem pokaźna. Kurs taki jak ten to nic szczególnego, choć prawdę powiedziawszy, kapitan nie zamierzał odwiedzać Kisleva przez najbliższe kilka lat. Przekonał go dopiero mieszek złota i drugi, który dostanie jak dopłynie na miejsce. Trochę się boczył na pasażera, ale złoto jest złoto. A wiadomo, że baba na pokładzie przynosi pecha.
Kapitan musiał przyznać, że ładna jest. Dziewczyna, bo to ona była pasażerką, nie rzucała się w oczy dla nikogo. Za dnia nie pojawiała się na pokładzie i jedynie wieczorami lub w nocy patrzyła tęsknie na zachód. Wraz z nią podróżowało dwoje ludzi i solidnej wielkości dwie skrzynie. Nie dali się dotknąć do żadnej z nich, co akurat kapitana nie martwiło. Jego ludzie nie są tragarzami tylko żeglarzami i nie będą niańczyć nikogo. To, że zapłaciło się za kurs, to nie znaczy, że kupiło się cały statek i załogę. Cieszył się, że pasażerka nie wtrącała się w nic, co dotyczy kursu. Miał swobodę działania i korzystał z niej ile mógł. Liczyło się tylko to, by dotrzeć do Szykowanie na pokładzieErengardu.
- Zielona flaga! Zielona flaga! – okrzyk z bocianiego gniazda wpadł na pokład i dotarł do uszu kapitana.
- Ruszać się! Zwijać grota! – kapitan ponaglił załogę, ale wiedział, że i tak wszystko chodzi tak, jak trzeba. Im nie trzeba było przypominać co robić. Taką załogę wychował sobie po kilku sztormach i przygodach nie tylko na Morzu Szponów.
Z kabiny pasażerskiej wyszła dziewczyna w zielonym płaszczu. Płynnie weszła na górę pokładu i stanęła obok kapitana. Kaptur na głowie zakrywał częściowo jej twarz, ale i nie zabrał piękna, które emanowało z całej postaci.
- Pani, wpływamy do Erengardu – powiedział kapitan patrząc przez lunetę na kislevski port.
- Dobrze kapitanie. Cieszę się, że udało się dotrzeć – jej głos był niski, ale zmysłowy i drapieżny. – Jak tylko staniemy w porcie dostaniesz swoją zapłatę. Dobrze się spisałeś i jestem bardzo zadowolona.
- Pływanie z panią to prawdziwa przyjemność – skłamał kapitan, ale dla klienta robi się wszystko. Odłożył lunetę i spojrzał na pasażerkę. Wyglądała ładnie i z całą pewnością była majętna. Wisiorek w kształcie pająka na jej szyi nie zostawiał wiele miejsca na wyobrażenie o złocie, za to dekolt jak najbardziej o tym, co jest pod suknią.
Patrzyli w milczeniu jak statek zawija do portu. Cumy zostały rzucone, statek zakotwiczony i można było powiedzieć, że stoi się na ziemi. Trap został spuszczony i pierwsze towary zostały wynoszone z ładowni. Kapitan zaznaczył, by nie ruszać skrzyń należących do pasażerów – sami się o nie zatroszczą. Sakiewka złota mile ciążyła mu w kieszeni a ulotny zapach po dziewczynie mile drażnił nozdrza. Widział, jak dwóch ludzi znosi po kolei pokaźne skrzynie i układa je na nabrzeżu. Klientka stała zaś nieopodal i patrzyła na to wszystko obojętnym wzrokiem. Wypełnił swoją misję i nie wtrącał się w sprawy, które nie należały do niego. Jednak samotna dziewczyna z takim bagażem nie jest czymś normalnym. Nie zamierzał jednak w tym się grzebać. Pogonił ludzi by szybciej rozładowali towar. Dostaną więcej wolnego na wieczór. Kapitan wrócił na kajuty przejrzeć mapy i podliczyć zyski z tego kursu. Trzeba było kupić nowe żagle.

KsiężycKsiężyc przebił się srebrną poświatą przez splątaną gęstwinę drzew. Xavier siedział w kręgu i czekał na magię. Kontakt już został nawiązany i pojawienie się Pana skończyło się kilkugodzinnym bólem i wiciem się w boleściach w leśnym dukcie. Wszystko toczyło się niemal tak, jak to zostało przewidziane. Doniesienia astrologów nie były precyzyjne, bo skupili się oni nie na tym co trzeba. Jednak dla Xaviera wszystko układało się w całość, bo wiedział, co nadchodzi. Gdy padł twarzą w mech a ból rozrywał mu każdą kość w ciele, wiedział już, że nadchodzi Pan. Czekał teraz aż odezwie się do niego, do swojego jedynego lojalnego sługi, jaki mu pozostał.
Drżenie dhar odczuł najpierw w opuszkach palców a potem na skórze głowy. Drobne kamyki tworzące koło zaiskrzyły się by zamienić się w czarne dziury w ciemności. Wokół Xaviera zaczęły tańczyć czarne błyskawice oplatające całe ciało. Oczy wampira w tej ciemności dostrzegły tego, którego przybycie miało się dokonać. Nie było wątpliwości, że to on, choć ciało było zupełnie inne.
- Ug-thanie, dobrze cię widzieć w zdrowiu – chropawy i trochę charkoczący głos postaci w czerni doszedł do uszu Xaviera. Postać siedziała na pagórku otoczona przez step i gwiazdy.
- Ciebie również Panie. Twoje pojawienie się nie mogło zostać niezauważone.
- Wiem. Dlatego potrzebuję jak najszybciej normalnego ciała. Te tutaj ma za dużo ograniczeń.
Xavier popatrzył w czerń i dostrzegł niską posturę, brodę oraz odrastające kudły na głowie. Rozpoznał też twarz krasnoluda, który jeszcze niedawno przechadzał się z towarzyszami w Imperium.
Cień w ukryciu- Za tym ciałem już niedługo ktoś ruszy w pościg, zadbałem o to. Ale nie martw się, czeka na Ciebie już coś odpowiedniego. Moja bliska przyjaciółka, Selena, jest już niedaleko i przywiozła ci przez morze coś wyjątkowego. Będziesz Panie zadowolony – Xavier wiedział, że dla Pana będą to dobre wieści.
- Nie próżnowałeś, Ug-thanie. Nie zawiodłem się na tobie – chropawość z każdym słowem przechodziła w głęboki bas i znikała szorstkość w głosie.
- Jeszcze tylko kilka godzin i przejście będzie gotowe. Selena ściągnie ciebie Panie do siebie i będziesz się mógł rozkoszować nowym ciałem. Ja dotrę za kilka dni. Muszę tu jeszcze załatwić kilka spraw, o których ci powiem, jak spotkamy się osobiście. Możesz mi zaufać.
- Ufam. Jak widzę świat nie zmienił się za bardzo. Czuję w powietrzu zapach wojny i krwi. To się chyba nigdy nie zmieni.
- Nie Panie. Znasz ludzi. Wiesz, jacy są – Xavier podrapał się w kark. Od kilku godzin nie zmieniał pozycji i zaczęły mu sztywnieć mięśnie.
- A jak moje … dzieci?
- Nieznośne jak zawsze. Nimi też nie masz się co przejmować. Są zajęci czymś ważniejszym i nie będą ci przeszkadzać. Ludzie też mają co robić. Zadbałem by ściganie duchów stało się ich priorytetem i by nie przeszkadzali naszej sprawie.
- Czekam w takim razie na twoją przyjaciółkę a my sami spotkamy się za kilka tutejszych dni. Czyń, co musisz, Ug-thanie.
- Igrtach ag aggarta, Panie.
Ciemność rozmyła się a kamienie znów stały się kamieniami. Kolejny etap losów świata został zakończony i zaczynał się nowy. Rozkoszne podniecenie wynikające z nadchodzących zmian wypełniło zesztywniałe mięśnie wampira. Xavier wiedział, że tryby powoli zazębiały się. Ścisnął mocnej wisior z czerwonym pająkiem i spojrzał w niebo. Jego wzrok uleciał niemal tak szybko jak światło i podążył na północ przecinając lasy, rzekę i wzgórza. Wpadł do miasta, przeleciał szybko kilka ulic i zatrzymał się na piętrowym budynku. Przeniknął przez ścianę i skupił się na leżącej w łóżku postaci. Kobiecej postaci ściskającej w rękach pajęczy wisiorek. Na jej pięknej twarzy o południowych rysach gościł uśmiech a oczy patrzyły wprost na niego.

View
Kraina Trolli, wschodnia rubież, 7 sigmarzeit 2524 od koronacji Sigmara

StepCiepły wiatr niósł ze sobą zapach stepu, suchych traw oraz słabo wyczuwalne piżmo. Pożółkła roślinność sięgająca do łydek pokrywała cały teren jak tylko sięgnąć wzrokiem. A było widać dość daleko gdyż nie przeszkadzały w widzeniu ani lasy ani góry czy pagórki. Drobne pofałdowania terenu ukrywały niewielkie doliny dobre do ukrycia się kilku istot ale nie całej armii lub kogoś wyjątkowo dużego. Krąg, w którym się znaleźli, znajdował się na szczycie takiego właśnie pagórka i łagodnie przechodził niżej w niewielką dolinę sąsiadującą z kolejnym trawiastym wzniesieniem. Krąg nie wyróżniał się niczym szczególnym z otoczenia poza tym, że miał kamiennych strażników w postaci solidnych bloków monolitów. Trawa wszędzie rosła równomiernie i nic nie wskazywało na to by tędy chodził ktoś poza zwierzętami od bardzo dawna. Słońce wskazywało na południe lub tuż przed. Hans patrzył na to wszystko i zastanawiał się, gdzie ich wyrzucił krąg. Wysokość słońca wskazywała na północ. I to dość daleko. Odległość od gór, które piętrzyły się na północnym wschodzie wskazywała, że to nie mogą być Góry Krańca Świata. Może te bardziej na północ, które przylegają do Krain Trolli i łagodnym łukiem odgradzają tą nieprzyjazną krainę od Norski. Było to możliwe choć sugerowało, że trafili w bardzo paskudne miejsce.
O Krainie Trolli można powiedzieć wiele, ale nie, że jest tu ładnie i bezpiecznie. Niegościnne tereny są palone żarem w letnią porę i smagane lodowatym zimnem w zimie. Do tego przewalają się tędy ci, którzy chcą najechać Kislev i Imperium oraz łupieżcze wyprawy Norskmenów napadających na karawany. Żyją tu trolle, które mają tu swoje leża i traktują wszystkich, którzy tędy przechodzą, jak śniadanie, obiad albo kolację – w zależności od pory dnia. Poza trollami są tu też zielonoskórzy, niedobitki licznych armii Dolgan, zaciągów po ostatniej wojnie i weteranów po poprzednich inwazjach. I nie tylko wywodzących się wśród ludzi czy orków ale również ogrów, demonów, nieumarłych i innych istot. Przebywanie tutaj jest dla nich bezpieczne, bo nikt ich tutaj nie ściga, nie szuka i nie planuje zabić tylko dlatego, że są inni. Tutaj każdy jest zdany na siebie i musi walczyć – nie jest ważne czy łupił w Middenheim czy zabijał w Praag. Dlatego też jest to dobre miejsce dla wszelkiej maści uciekinierów z okolicznych krain. Dobre, bo mogą swobodnie zapaść w doliny i nikt ich nie będzie specjalnie szukać. Dobre, bo mogą robić to, do czego zostali stworzeni, czyli walczyć o byt stalą, czarami i sługusami. Nikt nie lubi Krainy Trolli i choć podlega pod carycę Katarzynę, to oficjalnych patroli czy władzy nikt tu nie uświadczy. Zdarzają się wyjątki, gdy szykuje się coś ważnego lub coś ważnego zajdzie w okolicy, ale są to dość rzadkie zjawiska. Wiedząc to wszystko z ksiąg lub wcześniejszych informacji Hans nie miał dobrych wieści dla pozostałych. Kraina Trolli stanowiła ich wybawienie, ale również śmiertelną pułapkę.
Młot, bezpiecznie spoczywający na plecach Thoreka, nadal pokryty był kropelkami wody. Jego aura wskazywała na południowy wschód co potwierdzało niestety ich nienajlepsze położenie. Sam młot zaś… Krasnolud czuł go coraz bardziej. Coraz lepiej leżał mu w dłoni i coraz bardziej był z nim związany. Nie było to jeszcze fanatyczne oddanie, ale lepiej się czuł jak miał go przy sobie. Inni zerkali na młot i widział w ich wzroku obawę. Nic nie mógł na to poradzić. Chciał doprowadzić młot na miejsce i zniszczyć go. Stanowił zagrożenie dla jego rasy i Grimnir uświadomił mu to dobitnie.
Powierzchnia młotaPo zejściu ze wzgórza o trochę czasu poprosił Rainer. Hans zajął się przejrzeniem okolicy i ustalaniem marszruty. Thorek usiadł najdalej jak mógł od reszty i skubał po kawałku suszoną koninę mieląc ją bez przekonania w ustach. Mag korzystając z okazji badał magicznie okolicę ale poza młotem i rzeczami w ich posiadaniu, nie udało się nic więcej ustalić. Nasycenie magiczne było spore i mogło wskazywać na łatwość w dostępie do wiatrów magii i rzucanie magii z większą mocą. Napawało to optymizmem, ale nie cieszyło Jeana Paula. Już miał wiele razy do czynienia z takimi miejscami, które magię zwiększały, ale możliwości wystąpienia powikłań również rosła. I zwykle pesymistycznie nastawienie potwierdzało to, co działo się później. Zepsucie żywności, lodowaty wiatr, dziwne odgłosy czy krwawienie z nosa. Magia miała swoje ścieżki i trzeba było zapłacić cenę za ich przemierzanie.
Rainer skończył po godzinie. Miał rozpaloną twarz, żar w oczach i przekonanie o słuszności własnych racji. Mówił, że rozmawiał z boginią i ta nagrodziła go mocą, wiedzą oraz własną pomocą jako swojego wybrańca. Poznał też kilka modlitw, dzięki którym moc bogini mogła dawać niemal nieograniczoną wiedzę. I dlatego postanowił z niej skorzystać by spojrzeć na młot. Mógł go zablokować, by nie działała jego magia, ale to mogło by się wiązać z jego ładowaniem więc spojrzał tylko na to, co kryła historia młota i co było w niej najważniejsze.
Wizja przyszła gwałtownie i niespodziewanie. Kapłan jeszcze nigdy nie doświadczał takiej mocy i pierwsze jej użycie było dość niepokojące. Wizja jednak była składna i widział w niej wszystko tak, jakby stał obok. Zaczęło się wszystko od kuźni, paleniska oraz ognia. Płonął on w palenisku, ale nie pochodził z drewna czy węgla, ale z najprawdziwszej lawy. Płynęła ona wartkim strumieniem zostawiając smród siarki i żar, który palił skórę nawet z bardzo daleka. Obok paleniska stało kowadło na którym leżał młot. Jego głownia już była przekuta a stylisko leżało obok czekając na obsadzenie. Kowal, który się tym zajmował, najwyraźniej chciał odpocząć. Stał nieopodal i patrzył się na płomień. Kapłan w swojej wizji widział go od tyłu. Na tle ognia jego sylwetka była bardzo dobrze widoczna i żaden szczegół nie mógł mu umknąć. Od wysokiego wzrostu i długich włosów po noszoną na skroniach koronę, której kształt nie przypominał żadnej takiej ozdoby jaką widział w całym swoim życiu. Miała wysokie szpikulce na całym obwodzie o różnej długości i grubości. Sprawiało to wrażenie chaotyczności i dezorganizacji, ale biła od tego jakaś aura przeznaczenia oraz słuszności takiej konstrukcji. Pojawiły się dymy, które zakryły tą scenę szczelną zasłoną mlecznej mgły. Już pomiędzy oparami było widać leżący nieopodal gotowy młot, który spoczywał w wiadrze z wodą. Tak jakby ten ktoś szykował więcej niż jedną taką broń.
Łańcuchy na nogachGdy dymy się rozwiały pokazała się druga część wizji. Tym razem wzrok Rainera unosił się w powietrzu jakby był sokołem lub inną istotą posiadającą dobre widzenie. Dlatego procesja zmierzająca po spalonej ziemi do podnóża zigguratu była bardzo dobrze widoczna. Procesję tworzyły istoty podobne do ludzi, skute łańcuchami na rękach, nogach i szyjach. Byli cali brudni, posiniaczeni i poranieni. Możliwe, że byli to ludzie, ale tak zmaltretowani, że nie sposób było to jednoznacznie stwierdzić. Ich stan świadczył, że byli kimś w rodzaju niewolników. Przewodziła nimi para ludzi, którzy dzierżyli końce łańcuchów oraz nieśli młot. Nie było widać ich twarzy, ale młot bardzo dobrze. Nieśli go wysoko nad głową, jakby chcieli by każdy go widział. Nie spieszyli się a tłum spięty łańcuchami, kroczący za nimi, nie naciskał za bardzo. Powolnym krokiem zmierzali do podnóża zigguratu a potem weszli do środka szerokim korytarzem. Kończył się on w środku piramidy schodkowej przy ogromnej dziurze w ziemi. Cała procesja zatrzymała się tam i młot został wrzucony w jej ciemną czeluść. Ciemność zapadła wszędzie i wizja gładko przeszła do swojej ostatniej fazy. Dla Rainera było to niesamowite i chłonął tak pozyskaną wiedzę jak mech, który dostał trochę wody po okresie suszy. Moc kipiała wokół niego a on przetwarzał ją przy pomocy bogini w coś dobrego.
Trzecia cześć była najbardziej tajemnicza z dotychczasowych spojrzeń. Ukazywała dziesięć słupów mocy i żywiołów, które tworzyły krąg. W jego centrum leżał młot, który emanował każdą, możliwą emanacją magii. Żywioły wokół kłębiły się i tworzyły wiry, które wysysały wszystko dookoła. Magia wiatru przekształcała się w magię ognia, która przechodziła w esencję życia i rozkwitu. Harmonia i porządek tworzyły krąg i bariery, które dawały poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Jednak potem pojawił się czarny obłok dymu. Wychynął z ciemności wokół i był czarniejszy niż ona. Sploty czarnej materii przepłynęły przez krąg, nie naruszając jego struktury. Jakby były jego częścią, która jednak nigdy została ujawniona. Czarne macki mgły sięgnęły poprzez krąg do młota. Oplotły go zwojami materii, spiętrzyły się jak chmury i rozwiały spokojnie. Gdy zniknęły, młota już nie było w centrum kręgu i postument, na którym spoczywał, stał pusty. Po tym wizja zniknęła a Rainer znów dostrzegł step, trawy i siedzących obok Thoreka i Jeana Paula. Młot spoczywał spokojnie pomiędzy nimi, ale w swoim odczuciu mag widział go raczej jak kota gotowego do skoku niż spokojnie leżący kawałek drewna. Wizja czary, która przelewa się, znów stała się tak dojmująca, że aż niepokoiła. Poproszona Thoreka by odsunął się znów daleko i chwilę poczekał. Magicy zaś zaczęli naradzać się co dalej. Kilka czarów, inspiracja magiczna oraz rozpoznanie magiczne, znów okazało się konieczne. Krasnolud stawał się coraz bardziej nieprzewidywalny. Nie utykał na nogę, czytał w obcym języku i był w jakiś sposób powiązany z młotem. To on spowodował, ze pergamin ze starożytną mocą rozsypał się w pył. Młot miał się nadal dobrze i choć pergamin miał za zadanie zniszczyć go, to nic mu nie uczynił. Mag miał dziwne przeczucie, że coś się dzieje a dostępność magii wokół nie sprzyja stanowi młota. Krasnolud zaś siedział sobie daleko i patrzył jak inni łypią na niego spode łba. Widział, że to nie są dobre spojrzenia. Widział w nich zagrożenie i widział, że to młot je powoduje. Bo oni chcieli młot i chcieli mu go zabrać. A przecież… Dostrzegł to w jednej chwili. Ogromną zasłonę czerni, która sięga mackami daleko. Dużo dalej niż jest w stanie zobaczyć. Widział jak magia, którą dostrzegł po raz pierwszy w swoim życiu, zaczyna być zbierana przez czarne macki. Dostrzegł jak oplata ona wszystko wokół i chłonie. Poczuł się dziwnie, ale dobrze. Przypływ sił był wspaniały a odczucie z tym związane mogło się równać jedynie euforii po wygranej walce. Widział też maga, którego wzrok ział nienawiścią i nie Coś w Thorekuskrywaną agresją.
Jean Paul widział, że coś się dzieje. Dostrzegł to wzrokiem, gdy jedna z czarnych macek oplotła go w pasie. Potem dostrzegł inne. A jeszcze potem dostrzegł, że wychodzą one z Thoreka. Nie z młota, nie z przedmiotu magicznego, ale wprost z krasnoluda. Spojrzał na niego swoim wzrokiem i dostrzegł czarny bąbel doskonałej czerni, która pożera magię. Jak stopniowo młot zajmuje umysł karła i dominuje jego doznania. Nie można było czekać tylko działać. Wygnać go z krasnoluda i pozbyć się wreszcie. Ustalili szybko między sobą, że Rainer będzie starał się unieszkodliwić młot na chwilę a mag uwolni krasnoluda z okopów młota. Hans, który zdążył wrócić z rekonesansu, już był gotowy z łukiem na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. A że poszło nie tak, stało się kilka chwil później.
Kilka mgnień oka wystarczyło by strzała wbiła się w rękę Thoreka. Młot upadł na ziemię a krasnolud obok niego, jak tylko Rainer uwolnił moc bogini i zablokował młot. Jean Paul zaś zwarł się w pojedynku z młotem. Pot perlił się na jego czole a moc niemal trzeszczała wokół. Czuł, że wystarczy jeden zbędny ruch a wyzwolona moc ogarnie ich wszystkich. Miał też świadomość, że kroczy po kruchym lodzie magii i w każdej chwili może coś pójść źle. Nie miał jednak wyjścia i uwolnienie krasnoluda było konieczne. Jeśli nie dla niego samego to na pewno dla reszty grupy.
„Nadchodzi” słyszał szept wokół siebie. Dostrzegł też innych wokół i to, jak zwracają się przeciwko niemu. Widział strzałę, która wbiła mu się w rękę. Wyglądała jak mucha uwięziona w miodzie. I podobnie jak ona, nie wyrządziła mu większych szkód. „Nadchodzi” szept się powtórzył. Moc rosła i już nic nie było w stanie jej powstrzymać. A potem wszystko się urwało. Ciemność przyszła nagle i Thorekowy świat zamknął się w jednej chwili pełnej bólu i cierpienia.
Hans dopadł do krasnoluda i wprawnie zakuł go w kajdany. Jeśli wróci moc młota to już nie będzie mógł skutecznie korzystać z brodacza. Mag miał świadomość, że młot się przeistacza. Już pierwsze chwile zmagań pokazały, że tama puściła i młot działa teraz swoim własnym życiem. I nie będzie z tego niczego dobrego. Dlatego nie był zdziwiony, jak młot wzniósł się na wysokość jednego metra i zaczął wibrować. Wraz z nim podniosła się szkatułka, w której uwięziona była dusza nekromanty. Planowali zostawić ją tutaj i oddalić się by zły duch nie miał okazji wejść w kogokolwiek z nich. Teraz zaś z przerażeniem zobaczyli jak wieko się otwiera i czarny bąbel wokół młota wciąga w siebie wszystko to, co ze szkatułki zaczęło się unosić. To ostatecznie pokazało, że młot ostatecznie się zmieniał. Mag nie czekał tylko zaczął uciekać jak szybko tylko się da.
Reszta widziała jak mag odbiega za wzgórze. Hans chwycił Thoreka i zaczął razem z nim uciekać. Krasnolud doszedł do siebie i widział wszystko wokół. Czuł ból i czuł kajdany na rękach. Czuł też szarpnięcia od wlekących do Hansa i Rainera. Widział też unoszący się młot, który wpadł w rotację i kręcił się jak szalony. Coś narastało i czuł to nawet on. Nie widział już czarnych macek ani bąbli. Wróciło widzenie i wrócił ból. Pamięć też. Spojrzał z nienawiścią na Hansa i wysyczał: „Wszystko widziałem. Macie wpierdol”. A potem gwałtownie wróciło osłabienie. Wzrok się zamglił i świadomość zaczęła płatać figle. Zwiotczał w ich rękach momentalnie i nic nie zapowiadało by się polepszało. Odczuli to wszyscy. Pierwszy Hans się zreflektował. Im dalej od młota tym krasnolud robił się słabszy. Najwyraźniej moc młota nadal miała go w swoich szponach. Nie był opętany, ale łączność z nim miał nadal. Nie można było dłużej holować brodacza. Nie można było też uciekać, skoro jeden z nich miał tu zostać. Krzyknięto do maga by wracał bo Thorek nie da rady uciec.
Młot kręcił się z niewyobrażalną prędkością. Widok głowicy niemal zamazywał się tworząc w powietrzu raczej rozmazaną kulę niż zgrabny, prostokątny kształt obucha. Krasnolud dostrzegł to w chwili, gdy jego towarzysze przytaszczyli go bliżej wirującego przedmiotu. Dostrzegł w oddali Zigguratziggurat. Widział jak stoi pośród stepu. Wzrok mu płatał figle albo jego obraz pojawiał się i znikał w tempie obrotów młota. Jakby to młot generował ten obraz.
- Piramida – powiedział cicho.
- Co? – spytał Hans puszczając rękę brodacza i odpinając kajdany.
- Widzę piramidę. Taką ze schodkami…
- Ze schodkami? – Rainer zaczął pilniej przysłuchiwać się temu co mówi Thorek.
- Tak, jest tam – i wskazał na wschód.
Oczywiście inni nic nie widzieli.
- Gdzie tam? Na wschodzie? – kapłan patrzył, ale nic nie widział.
- Tak. Stoi bardzo blisko. Jest cholernie wysoka – głos krasnoluda był słaby, ale pewny.
Mag zdążył wrócić i teraz odpoczywał łapiąc powietrze. Też się rozglądał, ale nic nie dostrzegał. Najwyraźniej to młot chciał coś przekazać.
- Rainerze, to może być piramida z twoich wizji? – dla maga coraz mniej się to wszystko podobało.
- Tak. Jeśli to ziggurat to jest on. Nic innego nie jest związane z tym młotem.
Okazało się, że młot wytworzył coś na kształt bramy lub przejścia i każdy mógł przejść do zigguratu korzystając z mocy młota. Nie było długiego zastanawiania się. Wszyscy chcieli mieć to już za sobą. Dlatego za pomocą Thoreka wszyscy przeszli na drugą stronę bariery. Ostatni uczynił to sam Khazad. Spojrzał jeszcze na trójkę swoich towarzyszy, którzy podziwiali piramidę i na step, który opuszcza. Wszedł w bramę i przeniósł się tam, gdzie reszta. Nikt więcej nic nie mógł dostrzec bowiem błysnęło i obraz stepu zniknął ostatecznie. Zamiast niego pojawiło się duszne i śmierdzące powietrze oraz ziemia spalona słońcem i górujący nad wszystkim ziggurat. Thorek dostrzegł jeszcze, za pośrednictwem mocy młota, jak drugi on, po stronie stepów, chwyta młot i oddala się na zachód. Najwyraźniej była to kolejna wizja, którą uraczył go ten przedmiot. Po tej stronie nadal posiadał młot, ale ten wyglądał inaczej. Nadal miał moc, nadal młot lekko wibrował w jego ręku, ale już nie rosił wodą ani nie ziębił czy grzał. Opływał w czerń, ale zmienił się. Czuł to każdym nerwem. Nastawienie Thoreka za to się nie zmieniło – młot należało zniszczyć i najwyraźniej to jest to miejsce. Mag potwierdził, że nie widzi już miejsca, jakie wskazywał młot. Tak jakby już dotarli na miejsce. Rainer widział coraz więcej szczegółów, które niepokojąco pokrywały się z jego wizją a Hans z rezygnacją patrzył na góry na horyzoncie. Góry na zachodzie.
Otoczenie zigguratu było bardzo podobne do tego, co widzieli jeszcze niedawno wokół kręgu. Jednak było kilka istotnych różnic, które budziły dużo więcej wątpliwości. Było tutaj bardziej płasko. I cieplej. Widać było bardzo daleko i horyzont sięgał niemal na kilka dni drogi. Do gór było około Mroczne Ziemietrzech dni choć zniekształcenia krajobrazu mogły to zmienić o jeszcze jeden dzień. Na horyzoncie było widać poruszające się pagórki, które mogły być grzbietami wielkich istot lub innymi dziwnymi rzeczami, których nikt nie starał się sobie teraz wyobrażać. O ile w Krainie Trolli nie zdołali dostrzec żadnego jej mieszkańca to tutaj wizja spotkania trolli stała się realna a patrząc na ruszające się w oddali pagórki, niemal namacalna. Sam ziggurat był potężny. Sięgał na wiele metrów w górę a jego podstawa miała długość najdłuższej marienburskiej drogi miejskiej. W jej podstawie widać było wielkie wejście wykute w kamieniu. Czerniało niczym skaza w budowli i nie ulegało wątpliwości, że to tędy trzeba dostać się do środka. Dlatego wszyscy ruszyli ostatecznie w stronę potężnej budowli. Tak przywitały ich Mroczne Ziemie, których sława była tak ponura, że niewiele o nich było wiadomo nawet w znanym świecie.

View
Walki w stanicy "Pływak", brzeg Talabeku, 6 sigmarzeit 2524 od koronacji Sigmara

Nadchodząca burzaDymu w pomieszczeniu nie było za wiele. Ciepło z kominka mile rozgrzewało kości a przyjemny zapach jadła kręcił w nosie. Cała sala była pełna ludzi i wejście drużyny nie pozostało bez echa. Hans pewnie wszedł do środka i od razu przeszedł do wolnego stolika. Reszta ruszyła za nim odprowadzana ciekawymi spojrzeniami zebranych podróżnych. Zasiedli w spokoju i z uwagą przyjrzeli się klienteli „Pływaka”. Widać było strażników drogowych siedzących przy kontuarze i przepijających do właścicielki. Obok siedział zatopiony w rozmowie trzeci ze strażników, który tłumaczył coś jednemu z pachołków, który dopytywał się o drogę. Kilku kupców, stronie ubrana młoda dama oraz wygolony mężczyzna z wytatuowaną czaszką na szyi dopełniali reszty barwnej tłuszczy. Najdłużej przypatrywał się ów mężczyzna z czaszką, którego strój, po bliższym przyjrzeniu się, wskazywał na maga. Spojrzenie na zaburzenia wiatrów magii dość jasno wskazywało na Kolegium Jadeitu. Robiło się bardzo ciekawie.
- Jadła dla pięciu i piwa dla ośmiu prosimy – powiedział Hans podchodząc do lady. Kobieta w kwiecie wieku przyjęła zamówienie i zaczęła już nalewać piwa. Za nią były półotwarte drzwi do kuchni zza których dolatywał zapach kaszy i omasty.
- Mamy tylko kaszę i skwarki oraz ryby, może być? – uśmiechnęła się choć nie zamaskowała zmęczenia kryjącego się w oczach.
- Tak, jasne. I jakiś pokój dla czterech, może być jeden.
- Pokój jest, na górze. Jeden się znajdzie, bo dziś trudno o wolne. Sami widzicie – wskazała głową na salę. – Mamy niemal komplet.
- Dobrze. Dla nas pasuje. Jesteśmy w drodze i każda chwila odpoczynku będzie dobra. Proszę przynieść wszystko do stolika, gdzie siedzi krasnolud. On już się tym zatroszczy – Hans odwrócił się by zobaczyć, czy wszyscy są na miejscu i nikt nie wszczyna burdy. Zobaczył też, że Jean Paul podszedł do łysego osobnika i zaczyna z nim rozmawiać. Najwyraźniej dwóch profesjonalistów postanowiło wymienić się uwagami.
I faktycznie to był mag. Jean Paul z obawą podchodził do tej rozmowy bo jednak fioletowa magia to jednak magia śmierci i ktoś taki może być wyczulony na dhar jak nikt inny. A przecież mają ze sobą młot z którego wylewa się dhar.
- Jestem Jean Paul z Kolegium Światła.
- Jestem Villeas Goethe z Kolegium Śmierci z Talabheim.
- Witam. Zdążasz do swoich? – zaczął mag by wybadać co sprowadza w to miejsce maga fioletu.
- Jestem w misji z Kisleva. Bardzo ważnej misji. Muszę coś dostarczyć dla moich mistrzów a co jest ważne dla całego Kolegium. Jutro ruszam na zachód. Jednak dziś noc wypada tutaj a plotki z okolicy mówią o nieumarłych, których ostatnio jest tu dużo.
- To prawda. Sami widzieliśmy ich w dużych ilościach. I są jeszcze wampiry…
- Wampiry? A to ciekawe…
Villeas- Sami zabiliśmy kilku i pewnie teraz nas ścigają. Możliwe, że chcą coś, co mamy w swoim posiadaniu – Jean Paul nie ukrywał już niczego.
- Wampiry was ścigają? Robi się coraz ciekawiej. To pewnie tłumaczy tą przeklętą rzecz, którą nosi krasnolud. Posiadanie takich rzeczy w Imperium jest dość jasno określone przez edykt … –zawiesił głos patrząc na Jeana Paula z satysfakcją w głosie.
- My też jesteśmy … w misji – zadowolenie z twarzy Villeasa spłowiało w mgnieniu oka. – Musimy zanieść ten młot do miejsca, które będzie w stanie utrzymać go w ryzach. To bardzo niebezpieczny przedmiot.
- Widzę – napotkany mag spojrzał w stronę jedzącego kaszę krasnoluda. – To nasz wojownik, bardzo okrutny w walce – kontynuował mag podczas gdy Thorek wydłubywał ziarenka kaszy z brody. – Młot jest z nim związany i chyba poza nim, nie może nim operować – potężne kichnięcie w kaszę wywaliło sporo treści na stół. Krasnolud zgarnął kaszę ze stołu i wsypał sobie do gardła. Zapił piwem i beknął przeciągle co inni skwitowali tylko kręceniem głowy z dezaprobatą.
- Trzeba uważać w rzucaniu czarów w obecności tego przedmiotu. Może spowodować nieprzewidziane skutki uboczne.
- To niech lepiej twój towarzysz albo sam przedmiot chwilowo nie kręcił się za bardzo bo będę odprawiać rytuał odpędzający nieumarłych. Proszono mnie o to bo czas niespokojny a okolica nie należy do bezpiecznych. Przynajmniej ostatnio – Villeas spojrzał w okno. Za nim błysnęło gdzieś daleko i głuchy grom przetoczył się przez majaczący w oddali las skryty za ostrokołem.
- Dobrze, powiem mu by się nie kręcił za bardzo. Pomoże to coś na nieumarłych?
- Zawsze pomaga. Zaufaj mi.
Villeas wstał i wyszedł na zewnątrz. Jean Paul miał wrażenie, że mag nie był do końca szczery z nim. Do tego wydawało mu się, że gość chyba udaje mądrzejszego niż jest w rzeczywistości. Coś w jego postawie mówiło, że poza mówieniem, to niewiele jest miejsca na umiejętności, ale to pewnie będzie zweryfikowane przez najbliższą noc. Mimo to postanowił sprawdzić czy coś jest w zajeździe, co może sprawić problem. Przejrzenie magiczne okolicy ujawniło kilka zwykłych przedmiotów magicznych oraz jedną, ciekawą rzecz. Opływała w dhar i fiolet tak intensywnie, że przyćmiewała wszystko inne. Najwyraźniej należała do maga, gdyż nikt nie miał tutaj tak wyraźnej fioletowej aury. Najwyraźniej misja z Kolegium to prawda, tylko że nadal nie zgadzało się to z zachowaniem mężczyzny. Jean Paul wrócił do swoich. Thorek pił już piwo i najwyraźniej zadowolony patrzył na resztę ludzi w zajeździe z miną zdobywcy.
- Thorek, ten tutejszy mag będzie coś rzucać na nieumarłych. Przejdź z młotem gdzieś, gdzie nie będzie on przeszkadzać. Nie chcemy tu nowych demonów czy innych takich rzeczy.
- Dobra. Zmywam się przejść. Wy róbcie swoje a ja swoje. Czas na kibel – powiedział, wstał i wyszedł. Młot mile chłodził plecy ale nie czuł z tego powodu dyskomfortu. Pod skórą czuł, że jeszcze tej nocy będzie znów w użyciu.
Jadeitowy mag wyrysował na środku placu pentagram a potem czarował w kilku miejscach wokół całego ostrokołu. Magia fioletu otoczyła całą stanicę opływając drewniane bale, zdeptane przez końskie kopyta klepiska oraz nabrzeże z wielkim jachtem i dwoma małymi łódkami. Tam właśnie przechadzał się Thorek bo to jedyne miejsce, gdzie nie chodzili magicy i gdzie młot nie miał szans nikogo niepokoić. Jean Paul też przyłączył się do obserwacji okolicy, ale wybrał miejsce przy bramie. Nasłuchiwał czy czegoś nie słychać i czy burza nadchodzi normalnie czy jest wspomagana. Hans też patrzył na rosnący front burzowy siedząc na dachu składziku. Na wieczornym niebie nawałnica zdawała się podobna do czarnych fal morskich, które pożerają kolejne gwiazdy. Uderzenie burzy było nieuniknione, ale za nią kryły się wampiry. Hans nie miał co do tego wątpliwości i wolał się zawsze mylić niż zostawić wszystko przypadkowi. Patrzył na przygotowania magów, na spacery Thoreka i krzątanie się pachołków chowających rzeczy, pakujących kufry i spinających linami wszystko to, co mogła porwać burza.
Przygotowania do spodziewanego ataku nieumarłych zostały zakończone. Villeas wrócił do sali biesiadnej by uspokoić podróżnych, że są bezpieczni. Thorek przechadzał się po nabrzeżu kopiąc w deski ze złością. Przestawiają go z kąta w kąt traktując jak trędowatego a przecież to tylko młot, którego nie zamierza używać. Chyba, że będzie taka konieczność. A póki co takowej nie było Przygotowania do walkii nie było powodu… Wtem usłyszał jęk dochodzący z dużej łodzi. Zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Dźwięk powtórzył się i to, że pochodził z zakneblowanego gardła, nie ulegało wątpliwości. Krasnolud zajrzał przez burtę i zobaczył leżącego marynarza, związanego jak bela i szamoczącego się na deskach pokładu. Szybko, oczywiście jak na niego, wgramolił się na pokład i uwolnił z więzów człowieka.
- Na Sigmara. Szybko, ktoś dostał się do ładowni. Związał mnie i coś tam zrobił – wyrzucił z siebie jak tylko pozbył się knebla. Obaj skoczyli do zejścia do ładowni. Trzeszczące schody uginały się, ale wytrzymały ciężar obu biegnących. Wreszcie stęknęły ostatni raz, gdy obaj stanęli jak wryci na brzegu pomieszczenia. Widać było wszędzie stojące beczki z prochem. Na środku ładowni stała jedna z nich. Na niej leżała szklana kula i na niej postawiona była paląca się latarnia oliwna. Chybotała się delikatnie, ale zawsze udawało jej się utrzymać pionową pozycję. Wydawało się, że wystarczy jeden zbędny ruch i wszystko to wyleci w powietrze.
- Idę po kapitana – szepnął majtek i ruszył do karczmy.
- Idę po maga – mruknął Thorek i zszedł na ląd.
Do burzy została może godzina a może i mniej. Po odkryciu niespodzianki w ładowni zrobiło się nerwowo. Zlecieli się wszyscy do statku i zaczęli zastanawiać się, co zrobić. Próba podejścia do lampy aktywowała czar i młot Thoreka się wzbudzał. Groziło to wywaleniem się latarni i katastrofą. Trzeba było jakoś zablokować czar i wywalić stąd źródło niebezpieczeństwa, czyli szklaną kulę. Jean Paul widział w niej czar magii ognia związany z kulą ognia, który tylko czeka na uwolnienie. Zatem to nie latarnia była niebezpieczna a właśnie ta szklana rzecz. Posiadając pergamin z niwelowaniem magii uda się zablokować czar, ale kulę trzeba szybko zabrać i wywalić. Wszyscy popatrzyli na siebie bo stało się jasne, że ktoś to musi zrobić. Jeśli się nie uda to nie będzie co zbierać z okolicy. Ryzyko jest ogromne, ale trzeba je podjąć. Jeśli nadejdzie burza i rzeka się wzburzy to będzie tak kołysać, że lampa spadnie uwalniając prawdziwe piekło.
Hans popluł sobie w dłonie, klasnął ze trzy razy i powiedział: „Zrobię to”. Przetrenował na sucho ruchy, popatrzył na ludzi i nakazał zabrać ich na górę. Na dole został tylko mag by zniwelować skutki czaru i dać czas dla Hansa na wywalenie kuli. Gdyby się nie udało to zebrany tutaj proch z powodzeniem rozwaliłby stanicę wraz z przyległościami. Burza nadchodzi i nie ma czasu na takie rzeczy. Łowca ruszył. Podszedł do beczki z lampą. Słowa maga w nieznanym języku nie pomogły dla niego wiele, ale przynajmniej lampa stała w miejscu i dało się ją podnieść. BekkoChwycił kulę, która już rozgrzewała się w ręku. Obrócił się szybko i ruszył na schody. Kilka szczebli na drewnianych stopniach to nie problem. Ręka pewnie trzymała kulę w ręku a nogi prowadziły do wyjścia. Będąc jeszcze w luku, ale już widząc rzekę Hans cisnął lobem kulę wprost w zimne wody Talabeku. Chlupnęło, ale nic nie wybuchło. Wszyscy odetchnęli i choć na chwilkę można było pogratulować sobie sukcesu. Wystarczyło jednak szybkie spojrzenie na północ, gdzie gwiazdy zginęły za wałem burzonym, po którym pełzały leniwie błyskawice. Uderzenie burzy było nieuniknione.
Załoga „Bekko” została już na statku by pilnować jego cennego ładunku. Reszta gości wróciła do stanicy. Nikt nie wyglądał na takiego, kto mógł podłożyć taką bombę do ładowni. Kapitan statku mruczał tylko „Kislewici” i kręcił głową. Hans rozmawiał z nim czy by nie mogli zabrać się z nim jutro. Płynął wraz z ładunkiem do Zavstry a to było po drodze dla wszystkich. Kapitan nie obiecywał za wiele poza transportem. Ostrzegł też, że w mieście są zamieszki i możliwe, że ładunek może być przechwycony przez Kislewitów zanim dopłyną do miasta. To powodowało, że mogło być gorąco na statku. W obliczu pościgu wampirów nie stanowiło to problemu a skoro można było dogadać się z kapitanem to nie było problemu. Jedynym problemem było przeżycie do jutra. A to wydawało się całkiem realne o ile minie burza.
Thorek opuścił nabrzeże i skupił się na chodzeniu wokół stajni, wozowni i wzdłuż ostrokołu. Mag czuwał przy bramie a Hans i Rainer siedzieli w głównej izbie. Rainer szczególnie przyglądał się pięknej, młodej hrabiance. W otoczeniu swojej świty rozmawiała z Villeasem i śmiała się promieniście. Kapłan widział takie zachowanie i zepsucie, jakie może pod tym się kryć. Nie podobała mu się ta kobieta bo za bardzo przypominała Selenę. Ponieważ teraz mieli już oczy wokół głowy to podejrzenia wobec niej, że jest Lamią, były bardzo poważne. W myślach już ostrzył kołek by zanurzyć go w ponętnej piersi kobiety i sprawę wampirów w okolicy mieć załatwioną. To też spowodowało, że wyszedł na zewnątrz i sprawdził wozownię. Przyjechała powozem, jak mówiła dla jadeitowego maga, więc musi on tu gdzieś być. Może ma coś na nim ciekawego?
Wóz wyglądał na bogaty i wygodny. Miał masę pakunków na sobie i nic nie wskazywało by miał coś dziwnego w sobie. Rainer jednak nie poddawał się. Zawołał maga by ten spojrzał na wóz i opisał to, co widzi. To, co zobaczył magicznym wzrokiem, nie było czymś zwykłym. Jadowita zieleń sączyła się wokół jednej ze skrzynek i wskazywała na obecność czegoś bardzo chaotycznego. Trzeba było się tym zająć i ani mag ani kapłan nie mogli tego pominąć. Jean Paul wolał się przed tym skonsultować z magiem, czy i on to widzi. Krótka wizyta potwierdziła, że to nie są przywidzenia. Poza młotem jeszcze coś tutaj miało w sobie coś z magii chaosu. Wizja lokalna z hrabiną spowodowała, że musiała pokazać to, co ma w skrzyni. Nie robiła z tego jakiejś tajemnicy i współpracowała. Otworzyła skrzynię i wyjęła z niej … drzewo. Zrobione z mosiądzu drzewo było wielkości garnka i nie było w nim nic niezwykłego. Jean Paul nawet stwierdził, że magia chaosu odeszła. Możliwe, że zamieszanie ze statkiem to spowodowało a to znaczy, że tutaj dzieje się coś niezwykłego. Piękna szlachciankaPrzyglądanie się drzewku też niewiele dało bo nie wyróżniało się niczym szczególnym.
- Pani, skąd masz tą figurę? – spytał mag.
- Wracam z Kislewa i przywiozłam ją od rodziny. To pamiątka rodowa.
- Wiesz, jakie jest jej pochodzenie? Że ma w sobie magię chaosu?
- Chaosu? Magiczna? To cenna pamiątka, ale nie jest bardziej magiczna niż moja suknia. Jest w naszej rodzinie od pokoleń.
Nic nie dało się znaleźć. Drzewo było martwe magicznie jak kamienie na drodze. Cokolwiek to było to albo odeszło albo zostało zabrane. Póki co nic się z tym nie zrobi. A wiatr uderzył z całą mocą w drzwi wozowni niosąc wilgotną zapowiedź nadchodzącego frontu deszczowego. Dlatego wszyscy wrócili do środka stanicy. Hans znów stanął na dachu składzika i starał się z mroku wyłowić kształty, ruch lub inne objawy bytności kogokolwiek. Mag nasłuchiwał za bramą a Thorek kręcił się wokół klnąc pod nosem. Rainer nie wiedział co robić – czy być na zewnątrz, czy pilnować statku czy może pilnować hrabianki. Dopiero uderzenie szkwału wpędziło go do ciepłego pomieszczenia. Za nim przybiegł Hans, który już zdążył zamoknąć, choć do składziku nie było wcale daleko. Mag i krasnolud zostali na posterunku moknąć i zasłaniając twarz od wiatru i deszczu.
Broda khazada nasiąkała wodą wzbogacając ją o cenne minerały. Wraz z kilkoma odżywczymi składnikami już będącymi w splątanych włosach mogła tworzyć się całkiem apetyczna mieszanka. Już miał spróbować, gdy usłyszał głos. „Nadchodzę” zabrzmiało niedaleko, jakby za płotem. Karzeł przystanął i zaczął nasłuchiwać., „Nadchodzę” powtórzyło się, ale nie brzmiało jakby coś było bardzo daleko. Zasłona deszczu skutecznie odcinała wszystko w zasięgu kilku metrów a wiatr zagłuszał całą resztę. Niemożliwe było wyszeptanie czegokolwiek i usłyszenie tego jeśli nie stoi się tuż za plecami. Thorek gwałtownie obrócił się, ale nie dostrzegł nikogo. Poprawił młot na plecach i podszedł do maga. Opowiedział mu to, co słyszał i wskazał miejsce. Mag wyjrzał na Nadchodzązewnątrz, ale nic nie dostrzegł. Postanowił rzucić światełko by zobaczyć coś w mroku. Wypowiedział inkantację i kamień trzymany w rękach zabłysł jasnym światłem. Jean Paul podwinął rękawy i rzucił kamień za ostrokół. Chwilę leciał swobodnie a potem zgasł jakby ktoś zdmuchnął płomień. Jednocześnie poczuł ukłucie magii, jakby ktoś rzucił czar. Nie było już wątpliwości, że ktoś jest na zewnątrz i coś się szykuje.
Potem wszystko potoczyło się szybko i prawie zgodnie z przewidywalnym scenariuszem. Cała drużyna oraz kilku osiłków stanęła na placu gotowa do walki. Hans z dachu zaczął szyć do idących niespiesznie zombie starając się wypatrzyć pośród nich jakiegoś przywódcę. Cała załoga na statku przygotowała się do obrony ładunku a Villeas ustawił się w pentagramie na środku placu i patrzył na bramę wjazdową. Szkwał powoli ustępował skrywając wszystko w mroku i deszczu. I wtedy drewniana brama rozpadła się na kilka kawałków opadając na jednym skrzydle. W świetle stanęły trzy postaci, których postawa wskazywała na niedawnych rywali Jeana Paula w postaci wampirów Karsteina. Jednak zanim udało się im bliżej przyjrzeć i wymierzyć broń to skryli się oni w ciemność. Najwyraźniej nie była ona przeszkodą dla Villeasa gdyż zakrzyknął tylko „Dirae ro ha!” i ciemno fioletowa kula pomknęła w ciemność i tam już się zatrzymała. Zduszony krzyk dobiegł do uszu wszystkich. Jednocześnie z wody, przy pomoście i wzdłuż całej linii brzegowej ogrodzonej ostrokołem, pojawili się nieumarli. Ociekając wodą stanęli na brzegu i … padli jak rażeni piorunem. Tylko na pomoście wdali się w walkę z załogą statku. Najwyraźniej ochrona maga zdała rezultat.
Hans i Jean Paul czekali na to, co będzie z ciemnością. Nie mogli nic zrobić póki nie pojawi się przeciwnik. Rainer próbował dostać się do stanicy, ale drzwi były głucho zamknięte. Walił jeszcze pięścią w drzwi, ale odpuścił, gdy nikt nie odpowiadał. Pewnie się zaryglowali słysząc to, co dzieje się na zewnątrz. Nie podobało mu się to, co się działo. Zbyt dużo się działo a wampiry wyglądały na zdeterminowanych. Na potwierdzenie tych słów z ciemności wyleciał ciemny pocisk i trafił w pierś jadeitowego maga. Mężczyzna wyleciał do tyłu jak pchnięty potężną mocą i zatrzymał się dopiero przy rzecze leżąc w pobliżu dwóch pachołków. Thorek stał nieopodal gdyż nadal trzymał się daleko od maga by mu nie przeszkadzać. Nie widział, co działo się przy bramie, bo był zasłonięty, ale spodziewał się, że nie jest dobrze. Wibracja młota była coraz bardziej odczuwalna. „Nadchodzę” szeptał.
WalkaCiemność zniknęła w raz z nią trzy figury wampirów. Za to pojawili się oni w trzech miejscach na terenie stanicy najwyraźniej chcąc wziąć w krzyżowy ogień wszystkich na zewnątrz stanicy. Thorek już widział swój cel bowiem jeden z napastników pojawił się tuż przy wychodku. Drugi z wampirów pojawił się na dachu niedaleko maga i Hansa. Trzeci nie ujawniał się, ale było tylko kwestią chwili, gdzie się pojawi krwiopijca. Villeas też nie próżnował. Pachołkowie pomogli mu wstać i z wściekłością na twarzy zwrócił się w stronę wampira. „Zginiesz” wysyczał i cisnął kolejną kulę fioletowej materii. Nic jednak się nie stało z nią. Rozwiała się w powietrzu jak mgła a zdziwiony mag patrzył na swoje ręce i nie mógł w to uwierzyć. Zbyt późno zorientował się, że za jego plecami pojawiła się istota, której chyba się nie spodziewał. Zwiewny kształt, niemal utkany z mgły i ciemności, położył swoje eteralne dłonie na ramionach maga. Mężczyzna zdążył jeszcze krótko krzyknąć, ale to był ostatni dźwięk, jaki dobył się z jego ust. Wywrócił oczami, jego ciałem wstrząsnął ciąg drgawek i osunął się w błoto klepiska. Pachołkowie stojący obok skamienieli i nie mogli się poruszyć. Wir walki rozniósł się na całą stanicę i chaos uderzeń, uników oraz okrzyków ogarnął całe to miejsce.
Pole bitwyThorek palcami ściskał młot w ręku. Ten drugi, ten zimny, leżał na plecach i delikatnie dawał o sobie znać. Niemal niemożliwością było nie wzięcie go do ręki. Jednak wszyscy mówili, żeby go nie używać. Jednak ostatnio to ich jedyna deska ratunku. Bez tego młota już dawno by leżeli pod drzewami i wiewiórki by ogryzały im nosy. Długo nie trwała walka krasnoluda z wolą młota. Stopniała jak tylko zwiewna istota pojawiła się za plecami spotkanego w „Pływaku” maga. Przyjemny chłód w dłoni przywrócił moc w członkach khazada. Wzrok się wyostrzył dzięki temu mógł dostrzec to, co działo się wokół niego. Widział jak Rainer próbuje dostać się do demona. Jednak nie ma nic w ręku, czym mógłby zaatakować. Najwyraźniej chciał użyć maski leżącego maga i wejść w zwarcie z demonem.
„Odrzuć młot!” darł się z dachu mag jakby obawiał się, że nikt go nie usłyszy. Albo jakby sam ogłuchł i sam siebie nie słyszał. Krasnolud walczył z tym aż wreszcie odrzucił daleko za siebie broń patrząc jak dwóch pachołków stojących przy martwym magu osuwa się na ziemię po dotknięciu przez zwiewną istotę. Pojawił się też wampir oraz jego kumple. Najgorsze jest to, że ma bardzo blisko do leżącego młota. Najwyraźniej nastąpiła najgorsza z możliwych opcji rozwiązania sprawy magicznej broni – dostałaby się w ręce wampirów. Ponownie.
Chwilę trwało nim krasnolud doszedł do właściwych wniosków. Właściwych dla młota oczywiście. Jak za dotknięciem różdżki Jeana Paula młot wskoczył w rękę Thoreka i zaraz poszybował w stronę wampira ciśnięty wprawnym ruchem mocarnej dłoni. Głowica młota z sykiem przecięła powietrze i trafiła wampira w pierś. Ten skrzeknął, zawył i obrócił się w kupkę popiołu, który zmieszał się z błotem podwórza. Reszta wampirów widząc to zamieniła się w nietoperze i uciekła w ciemną noc. Na placu boju pozostał jeszcze demon, Młot tymczasem wpadał w coraz większe wibracje. Nadciągający z przystani żeglarze wpadli z impetem wprost na istotę utkaną z mgły i ciemności. W świetle ogników zdawała się pływać w powietrzu i przekradać się między kroplami deszczu. Jednak nie dane im było Zjawawalczyć gdyż młot przyjął ich żywoty do siebie w dość dramatyczny sposób rozpękując ich głowy. Kapitan i dwóch jego ludzi padli jak rażeni piorunem. Dla Thoreka to jednak ciągle było za mało. Młot drżał silnie ale stabilnie. Nadal pozostawał jeden przeciwnik, który stanowił śmiertelne zagrożenie i którego należy pokonać.
Rainer nie zdążył dobiec do niego, gdy młot znów wzleciał w powietrze. Zimna głowica dotknęła zjawę i wessała ją do siebie nie zostawiając niczego poza deszczem i trupami. Gdy wrócił ponownie do ręki pulsował już bardzo intensywnie. Na placu boju nie został nikt, kto byłby zagrożeniem, poza samym orężem. Mag dostrzegł potężne zawirowanie czarnego wiatru, jakie się uformowało w tym miejscu. Do tego wizja pucharu z przelewającym się z niego winem dopełniła niepokojącego przeczucia, że coś się stanie. Nie trzeba było daleko szukać – młot tylko czekał, by ponownie się dostroić i rozładować. Obecnie tylko czarami można było to zrobić. Dlatego mag cisnął czar na rozładowanie młota. Wykrzyczał inkantacje a powietrze nasyciło się wonią ozonu i czegoś jeszcze, co uleciało w górę równie szybko jak się pojawiło. Młot zaś stał się normalny. Mróz i szron z głowicy stopniał i zamienił się w rosę. Trzymała się teraz ona na młocie i nie zamierzała wysychać.
Drzwi do stanicy były zamknięte. Pukanie i walenie na nic się przydało. Strażnicy drogowi powiedzieli, że trzeba wyłamać. I tak też zrobiono. Podejrzana cisza z wnętrza była przerażająca. Gdy drzwi padły pod naporem ciosów, oczom wszystkich ukazał się nie mniej przerażający widok. Wszyscy w sali głównej nie żyli. Leżeli na podłodze lub na stołach bez żadnych oznak walki czy ran. Była tam też szlachcianka, choć kapłan podejrzewał ją o bycie wampirem. Był karczmarz z rodziną ciągle ściskający w ręku siekierę. Byli pachołkowie oraz kupcy. Nikogo nie oszczędziła śmierć a jej zagadka pewnie będzie jeszcze długo nie odkryta.
Drużynę już nic nie trzymało tutaj. Pozostał statek, kilku ludzi i droga na wschód. Trzeba było tylko pozbierać ekwipunek, żarcie i ruszać. Im szybciej uda się oddalić tym trudniej będzie komukolwiek ich wytropić. Niektórzy ekwipowanie potraktowali dosłownie i wreszcie mogli oddać się temu, co zawsze siedziało w nich. Ściąganie pierścionków z martwych palców, czasami siłą, gdy nie chciały zejść. Zrywanie łańcuszków z szyi by wziąć medalion i przeglądanie sakiewek w poszukiwaniu czegoś cennego. Hans patrzył z niesmakiem na to, co robi mag i kapłan. Thorek ciągle trzymał swój młot w rękach i nie myślał o takich rzeczach. Dla niego młot był najważniejszy a jego zmiana wewnętrzna i zewnętrzna niepokoiła tak samo jak niedawna bitwa i względna łatwość w pokonywaniu nawet najgroźniejszych przeciwników.
- To sprawdźmy jeszcze co takiego trzymał nasz drogi mag u siebie pod łóżkiem – mruknął pod nosem Jean Paul i poszedł do pokoju, gdzie dało się wyczuć bardzo silną magię fioletu i czerni. Pokój był dość skromnie urządzony i nie było w nim wiele rzeczy. Plecak z kocem, pajda chleba oraz porcja suszonej koniny. Do tego kilka mieszków z ingrediencjami oraz pergamin z pieczęciami kolegium. I oczywiście szkatuła z czarnego drewna zamknięta na kluczyk. To ona była źródłem magii i najwyraźniej nie osłabło ono, choć właściciel szkatuły już nie żył. Magiczne pieczęcie na zamku nie pozostawiały wątpliwości, że jest tu coś ważnego zamknięte. Villeas mówił, że wraca z Kislevu, gdzie miał ważną misję do wypełnienia – sprowadzenie prochów nekromanty. Próbować otworzyć ją raczej nikt nie chciał, ale dlaczego musiano ją transportować do siedziby gildii? Magowi nie dawało to spokoju. Możliwe, że w piśmie napisano coś odnośnie szkatuły. Wystarczyło tylko złamać pieczęcie…
Szkatułka

„Mistrzu
Wreszcie Marbek, który tyle krwi nam napsuł i zbiegł do Kisleva został ujęty. Dzięki naszym staraniom został osaczony, zabity i spalony a jego dusza związana z prochami i gotowa do osadzenia w waszych murach. Utrzymanie duszy tak potężnego nekromanty nie jest łatwe, dlatego trzeba o świcie odnowić czar pętający, który jest znany osobie, która dostarczy ci te prochy. Jeśli czar nie zostanie odnowiony to dusza Marbeka uleci i zagnieździ się w najbliższym martwym lub żywym ciele. Nie można do tego dopuścić. Choć taki transport jest trudny to jednak inaczej się nie da tego zrobić. Morr już czeka na jego duszę i jeśli tylko prześlizgnie się pomiędzy jego palcami to będzie nadal bardzo groźny i niebezpieczny. Tuszę, że masz się dobrze i zdrowie cię nie opuszcza. Zaklęcie pętające powstrzymuje Marbeka i będzie to robić aż do końca świata. Tego zaklęcia nie przełamie chyba, że się wyzwoli. Jeśli by to uczynił to niech Ulryk ma nas wtedy w swej opiece.
Mam nadzieję, że rychło się spotkamy i omówimy szczegóły naszego połączenia.
Pozostaję z poważaniem
Mistrz Jakov

Ta szkatułka i ten list oznaczał problem. I to naprawdę duży. Coś z tym trzeba było zrobić i jedyne co, to odpowiednio zutylizować szkatułkę. A to można było przeprowadzić tylko w miejscu, gdzie jest bardzo dużo magii. Chociażby w kręgu. Strażnicy drogowi wspomnieli, że jeden krąg jest za rzeką. Nikt tam nie zagląda, ale kilka kamieni stoi. Tam nic nie ma poza ugorami, chaszczami i kilkoma drzewami. Dla maga i jego kompanów to wystarczyło. Zebrali swoje rzeczy, zapas żarcia na tydzień, kilka dewocjonaliów z trupów i przepłynęli łódką na drugą stronę Talabeku. Pozostałym przy życiu nakazali płynąć do Talabheimu i opowiedzieć o tym, co tu się zdarzyło. Sami zaś ruszyli w stronę kręgu.
KrągCiemność znaczyła gwiazdami drogę. Do świtu pozostawało nadal sporo czasu ale nadal nie było pomysłu co zrobić. Wstępne przyjrzenie się kręgowi ujawniło wielce interesujący zbieg okoliczności. Nieopodal samego kręgu głazów stało drzewo. Odlane całe z brązu czy innego stopu pokryło się już patyną ale nadal przypominało uschnięte drzewo. Bardzo podobne do tego, które spoczywało w plecaku Rainera. Lekka magia spowijała okolicę i dla Jeana Paula było to potwierdzenie, że krąg nadal może być aktywny. Kilka chwil skupienia oraz przemyśleń dało znacznie więcej odpowiedzi. Otóż stał przed nimi krąg teleportacyjny. Gdzie przenosi to nie było wiadomo, ale od razu dla każdego stało się jasne, że to jedyna i niemal niepowtarzalna szansa na ucieczkę przed wampirami. Kilka faktów z przeczytanych ksiąg w Kolegium przydało się i choć jeszcze było ciemno krąg zabłysł słabym niebieskim światłem. Po drugiej stronie było widać odbite jak w tafli jeziora podobne otoczenie. Jednak jego umiejscowienie pozostało nieznane. Wszyscy popatrzyli na siebie w milczeniu. Potem pomędrkowali trochę, ale wszyscy wiedzieli, co trzeba zrobić. Pierwszy wszedł krasnolud, potem Hans a za nim Rainer i Jean Paul. Brama się zamknęła. Do świtu zostało jeszcze kilka godzin. Nic nie zapowiadało nadchodzącej burzy.

View
Stanica "Pływak", brzeg Talabeku, 5 sigmarzeit 2524 od koronacji Sigmara

Walka- Coś kombinują – Rainer krzyknął do Hansa. Przeciwnicy rozsypali się szeroką ławą. Teraz już nie nadchodzili z jednego kierunku i nie dało się na to przygotować. Drużyna miała za sobą ciężką drogę z miasteczka i chciała jak najszybciej dostać się do Talabeku. Tam była szansa na ucieczkę wampirom. Jednak do tego czasu czekały ich długie dni drogi i w połowie stało się to, czego się obawiali. Zagrzmiała burza, zawyły wilki i znów pojawiły się wampiry. Teraz już nie popełnili tego samego błędu i nie uderzyli z jednej strony. A z grupą nie było łowcy. Szanse w walce znów zdawał się rozdawać los i Ulryk pospołu. Mimo to niech nie liczą na łatwy łup.
SzlaczekSprawiedliwość Vereny
- Pijesz?
- No nie wiem. Przecież nie istnieje coś takiego. Ten kupiec musiał coś ściemniać.
- Ja z książki i bicza jestem zadowolony i z tego, co widzę, a widzę dużo, to jest warte były swojej ceny. Może i to wino też jest w jakiś sposób cenne. W końcu dla ciebie kontakt z boginią musi być bardzo cenny – mag nawet nie podniósł głowy znad księgi.
- Jest, ale poprzez modlitwę i czyny nie jakieś wino. To dobre dla Thoreka ale nie dla mnie – Rainer nie był przekonany choć pokusa wypicia wina była ogromna.
- Ja się napiję, ale niech najpierw ktoś spróbuje. Nie chcę spotkać tam kogoś, kogo już zabiłem – zaśmiał się krasnolud i pociągnął z bukłaka. To już resztki napitku i koniecznie trzeba gdzieś zrobić zapasy. Noga boli jakby banda trolli pastwiła się nad nią całą noc, ale chyba się goi. W końcu babka zielarka tak długo żuła coś w bezzębnych dziąsłach, że chyba wszystkie soki wycisnęła z lekarstwa. Oby zadziałało, bo długo tak nie da się iść.
- Dobrze. Napiję się, ale gdyby coś mi się działo, jakieś skrzydła wyrosły czy coś, to macie się tym zająć szybko i skutecznie, dobrze? – Rainer postanowił jednak zaryzykować. Może bogini poradzi coś na to, co się dzieje. Odpowiedzi należy szukać tam, gdzie jest największa wiedza. A Verena nie ma sobie równych, jeśli chodzi o wiedzę i mądrość.
Hans pokiwał głową. Położył sobie na nogach łuk i czekał. Reszta również przygotowała się i patrzyła jak kapłan przechyla butelkę i upija jeden łyk. Odstawił butelkę i wzruszył ramionami bezgłośnie okazując zdziwienie, że nic się nie dzieje. A potem upadł na plecy z oczami szeroko otwartymi wpatrującymi się w nocne niebo.
Rainer tymczasem zobaczył, że wszyscy zamarli jakby zasnęli tam, gdzie siedzieli. Nie ruszali się. Podobnie jak ogień, którego płomienie wisiały w powietrzu jak zastygłe czerwone ptaki. Wtedy zorientował się, że chyba wino zadziałało. Sprzedawca mówił, że po drugiej stronie można spotkać to, czego się najbardziej pragnie lub wierzy. Coś, wokół czego są splątanie myśli człowieka i co jest dla niego ważne. Dla Rainera liczyła się Verena i nie zamierzał… Lekki szelest za plecami odwrócił myśli kapłana. Sam też obrócił się i zobaczył ją. Kobietę o pełnych kształtach w szacie kapłanek Vereny. Blond włosy spięte były białą opaską, która zakrywała oczy. Jednak mimo to pewnie kroczyła przez las a potem polanę by dołączyć do niego. Najwyraźniej oczy nie były jej do tego potrzebne. Rainer patrzył jak urzeczony na to zjawiskowe pojawienie się. Jednak uśmiech na twarzy bogini zmył wszelką wątpliwość i niepewność. Przyklęknął na jedno kolano i pochylił głowę na znak szacunku.
- Pani… – zaczął, ale nie śmiał podnieść głowy.
Verena- Wstań Rainerze, proszę – delikatny, ale stanowczy głos musiał należeć do kogoś wyjątkowego. – Chciałam ci podziękować za to, co do tej pory zrobiłeś. Nie było to może uczynione w sposób idealny, ale każdy z was się stara i robi to, do czego jest stworzony. Dałam ci mądrość byś kierował się w życiu we właściwą stronę i siłę byś utrzymał ten kierunek. Masz jednak temperament i on czasami daje o sobie znać, czyż nie?
- Wiem pani. Jednak walka jest słuszna, jeśli ma chronić innych.
- Za każdą cenę? – pytanie pięknej kobiety brzmiało tak niewinnie, że aż ociekało słodyczą.
- Tak, za wszelką – Rainer był przekonany a pewność w jego głosie była niepodważalna.
- I dlatego jeszcze musisz nad sobą pracować Rainerze – pogłaskała go po głowie i było w tym tyle ciepła i zrozumienia, że chłopakowi aż zaszkliły się oczy.
- Dziękuję pani. Staram się i…
- Widzę to. Doceniam. A teraz masz na swojej drodze przeznaczenie. Wiesz jak wybrać?
- Nie wiem. Dlatego chciałem spróbować tego spotkania. Nie wiedziałem, czy tak można.
- Jest to rodzaj modlitwy, ale i dla mnie stanowi nowość. Kilka razy już tak rozmawiałam z moimi braćmi i siostrami, ale przyznam, że dawno to było. Cieszy mnie, że ta droga nie uległa zapomnieniu. Wierzę, że nie jest specjalnie uciążliwa dla Ciebie?
- Nie pani, nie jest – Rainer podniósł głowę. Dostrzegł piękną twarz kobiety zwróconą w swoją stronę. Oczy oczywiście były skryte za białą, lnianą opaską, ale nie wątpił, że patrzą wprost na niego. – Ja i moi towarzysze jesteśmy w ogromnych tarapatach. Mamy ze sobą coś, co jest naszą zgubą, ale nie możemy tego nikomu oddać ani nie wiemy, co z tym zrobić.
- Czyż to nie jest wyzwanie dla mojego wyznawcy? – ręką nakazał powstanie. Chłopak wstał na nogi i zrównał się wzrostem z boginią.
- Jest. Poznanie historii i przeznaczenia jest kluczem do zdecydowania o tym, co dalej.
- Dokładnie. Czy uważasz, że teraz masz wszelką, niezbędną wiedzę by móc zdecydować, co dalej?
- Nie.
- I to jest właśnie twoje przeznaczenie. Pamiętasz, że zaczęło już dawno temu. Góry, mroźne szczyty. Kto wie, czy to nie było już zaplanowane dawno temu.
- Pani, możesz mi powiedzieć, czy tak rzeczywiście jest?
- Przeznaczenie kieruje ludzkimi drogami. My bogowie, musimy również się nimi przechadzać i chyba nikt nie wie, dokąd prowadzą. Czasami przecinają się i możemy porozmawiać, jak teraz. Ale przez większą część wędrówki jest się samotnym. Nie mogę ci powiedzieć, co wybierzesz i czy wybierzesz dobrze. Ufam, że tak będzie i będzie to wybór zgodny z tym, co czujesz i rozumiesz. Mogę pomóc ci w tym, ale nie dokonam tego za ciebie.
- Rozumiem – Rainer zwiesił głowę. – Jak z tym błogosławieństwem. Mogłem je wykorzystać na wiele sposobów, ale do mnie należał wybór drogi.
Bogini uśmiechnęła się i lekko skinęła głową.
- Dałam ci to, co jest najcenniejsze, czyli mądrość i siłę. Teraz uczyń z nich należyty uczynek. Cokolwiek uczynisz robisz to w moje imię i jeśli już się zdarzy będzie osądzone. Ale wcześniej jest tylko wolna wola i twój wybór. Rozumiesz?
- Tak pani. Rozumiem.
- To wracaj do siebie. Masz moje błogosławieństwo, które pewnie przyda się w najbliższym czasie. Czyń to, co bym ja uczyniła – kapłan mógłby przysiąc, że gdyby spojrzał teraz w jej oczy, to dostrzegłby w nich figlarne ogniki. Ukląkł i poczuł ciepło ręki na głowie. Potem podniósł głowę i świat zawirował mu przed oczami. Dostrzegł twarze swoich towarzyszy, które z troską patrzyły na niego. Zapach lasu i ogniska uderzył w nozdrza. Również ból od ran i smród od Thoreka. Był u siebie. Ale wspomnienie dotyku bogini nadal unosiło się w powietrzu.
Szlaczek
- Niedoczekanie skurwysynów. Ja im zaraz pokażę! – krzyknął krasnolud i mocniej ścisnął młot w ręku.
Gotowy do walki- Nie, Thorek. Nie walcz młotem! – Hans również krzyknął, ale w ogólnym rwetesie były marne szanse by krasnolud to usłyszał. A jeśli nawet, to był on tak zdeterminowany, że nic by nie zmieniło jego nastawienia. Młot go wyraźnie odmienił. Mroźna głownia, buchająca zimnem, stawała się każdego dnia coraz bardziej lodowata. Każda zabita osoba zostawała wchłonięta przez obuch, który wsysał jestestwa jak wir na rzece suche liście. To przerażało i prowadziło do czegoś, czego nikt się nie spodziewał. Dlatego…
- Macie skurwysywy!!!!! – młot wyleciał w powietrze i zaczynał nabierać prędkości. Pierwsza czaszka, jaką dotknął, rozpękła się z ohydnym mlaśnięciem a szara mgiełka została wciągnięta w stylisko młota. Kontynuował on swój lot w stronę wampira a Thorek zanosił się histerycznym śmiechem z szaleństwem w oczach.
Szlaczek
- Teraz ja! – Thorek chwycił szyjkę butelki i wypił jednego łyka.
- Thorek, ja bym na twoim miejscu nie próbował. Przecież ty kiedyś… – reszty już krasnolud nie dosłyszał, bo zwalił się na ziemię z błyszczącymi oczami nadal ściskając w sękatych dłoniach stylisko topora.
Choć tak naprawdę to nie wiedział, co też miałoby się stać. Wszyscy zamarli i zastygli jak w pijackim widzie. Poruszał się normalnie, mówił normalnie i wszystko wydawało się normalne. No, prawie wszystko. Nie czuł zapachu tego zielska wokół, ale tym się nie przejmował. Nie lubił lasu z wzajemnością. Im dalej od niego tym lepiej. Rozejrzał się wokół i poczuł drżenie gruntu. Jakby coś się zbliżało. Szybko. Biegło. Odwrócił się w tym kierunku. Dostrzegł, jak drzewa rozstępują się przed kimś, kto przedzierał się przez nie. Dość brutalnie i bez przejmowania się, że ma przed sobą stuletnie pniaki. To nie rob… Z lasu wypadł krasnolud wielkości największego z gigantów i łapą sięgnął Thoreka. Osłupiały mógł tylko patrzeć jak paluchy zaciskają się na jego ciele i wyciskają ostatni oddech. Potem świat zawirował a on sam pomknął w stronę najbliższych drzew. Uderzył w kilka pni, coś tam gruchnęło aż wreszcie pęd osłabł na tyle, że zatrzymał się na pniu sosny i zjechał w dół. Nie zdążył odetchnąć, gdy znów znalazł się w powietrzu trzymany w stalowym uścisku olbrzymiego krasnoluda.
Grimnir- Grimnir… -wystękał Thorek a z ust poza słowami popłynęła krew. Kilka zębów wypadło na ziemię ale to był najmniejszy z jego problemów.
- Przypomniałeś sobie kim jestem śmieciu, co?!! – stalowy uścisk wzmógł się.
- Ja…
- Ścierwo… – olbrzymia, krasnoludzka twarz wysyczała tuż przed nosem Thoreka. Nieświeży oddech i zapowiedź śmierci była dojmująca.
- Ja…
- Powiedz, że chcesz zapłacić za swoje czyny… – czerwone oczy wpatrywały się z uwagą w twarz krasnoluda i nie zamierzały odpuścić.
- Ja…
- Powiedz, że pomny na swoich braci i siostry zapłacisz za wszystko, co zrobiłeś…
- Ja…
- Powiedz, że zrobisz wszystko by zadośćuczynić złu przeciwko swoim ziomkom a księga żalu nie zostanie pusta…
- Ja…
- POWIEDZ!!!!!!
- Tak…
- POWIEDZ!!!!!
- TAK!!!!!!
Olbrzymia łapa Grimnira postawiła Thoreka na ziemi. Od razu upadł, ale podniósł się. Choć szczęka bolała a kręgosłup łupał promieniującym bólem to wstał. Nie mógł okazać słabości wobec boga walki. Raz już ją okazał i znalazł się tutaj. Teraz nie zamierza zawieść.
- Co mam robić? – spytał patrząc na potężną sylwetkę bóstwa.
- A co każe ci krasnoludzie sumienie i powinność? – zagrzmiała postać patrząc na gwiazdy.
- Chronić własny klan i moich ziomków.
Walka
- To uczyń to. Skoro młot należy do naszych wrogów, zatem może nieść nam śmierć. Skoro może nieść śmierć nam to znaczy, że nikt nie jest bezpieczny.
Thorek kiwnął głową. Zimna głowica młota spoczywała przy ognisku i nawet teraz widział otaczającą ją mroźną mgiełkę.
- Zrobię to. Doprowadzę do zniszczenia tego czegoś lub takiej ochrony, by nikt tego nie mógł wykorzystać. Tak postanawiam. Słyszysz? – ostatnie pytanie buńczucznie wypowiedział patrząc w oczy Grimnirowi.
- I to lubię. Nas Khazadów nie da się złamać. Można nas pobić lub zabić, ale nigdy pokonać. Nikt tego nie zrozumie, jeśli nie jest jednym z nas. Nikt. Czyń swoją powinność bracie. I lepiej, żebyś następnym razem przyszedł do mnie i miał dobre nowiny. Inaczej to będzie nasze ostatnie spotkanie.
Po czym ruszył w las a Thorek opadł z sił i upadł na twarzą na leśną darń. Poczuł na sobie jakieś ręce, ktoś go walił po głowie a potem posadził. Wróciło ciepło ogniska i ten smród zieleniny. Bóg-wojownik odszedł, ale zadra w sercu została. Thorek musiał się napić i uczynił to wypijając ostatnią kroplę wódki. Od teraz jest już na nowej ścieżce życia.
Szlaczek
Kto wie?Wilki się rozproszyły a wampiry znów uciekły w las. Trupy zostały w lesie a drużyna podeszła trochę w głąb lasu by nie stać się ofiarą drapieżników zwabionych trupami. Kolejna walka odeszła w niepamięć zostawiając blizny oraz zabierając siły i resztki boskiej opatrzności. Milcząco zasnęli i nie dbali o to, czy ktoś przyjdzie w nocy. Zmęczenie dało o sobie znać i tylko od czasu do czasu, ktoś zerkał wokół czy aby na pewno nikogo nie ma w pobliżu. Jean Paul zasypiał w strachu, a źródłem jego strachu był symbol, którego część pojawiła się na plecach. Wyczuł go bardziej niż zobaczył i wiedział, że to już się zaczęło. Jako mag do tej pory mu się udawało. „Udawało się” to dobre stwierdzenie. Teraz już nie zacznie się udawać a magia wreszcie będzie brać to, co jej się należy. I nie dość, że ma znamię białej magii, której jest już ostatecznie przypisany to jeszcze ma znamię chaosu, które przypomina mu o naturze magii i jej nieprzewidywalnych zwrotach. Coraz więcej walk i coraz większe szanse, że chaos wygra. I poniesie ze sobą maga. Jean Paul zamknął oczy ale nadal widział jak splątane kłęby zielonego i białego wiatru szczelnie otulają miejsce ich noclegu. Co się miało dziać to niech się dzieje. Każdy potrzebuje snu.
Ranek zapowiadał ciepły i pogodny dzień. Zebrali się i ruszyli na południe mając nadzieje na dojście do Talabeku i zmianę tego cholernego lasu na coś innego. Przez ostatnie dni byli nękani walkami i odrobina odpoczynku byłaby wskazana. Jednak taki luksus może być nieosiągalny przez najbliższy czas. Chyba że samemu zadba się o to. Noga za nogą ruszyli na południe. I tak przez najbliższe dwa dni aż zobaczyli lśniące, niebieskie wody Talabeku i przycupniętą na jej brzegu stanicę promową. Drewniane zabudowania przywitano niemal jak świątynię a możliwość przespania się w łóżku, zjedzenia kaszy i posłuchania normalnych rozmów była szczytem obecnych marzeń. Wieczorem dotarli na miejsce i weszli do środka stanicy mając na uwadze wiele rzeczy o ile są one miską z kaszą i solidną porcją skwarek.
Szlaczek
Wóz MontyegoMonty i jego wozy zmierzały Starym Traktem na zachód. Jeszcze ze trzy lub cztery dni i staną w Delberzu, gdzie będzie można uzupełnić zapasy i pchnąć umyślnych do stolicy. Jeszcze tylko trzy dni. Słoneczko przypiekało i wjechanie w cień starej puszczy wszyscy przywitali z rozkoszą. Do wieczora zostało sporo czasu i jazda w pełnym słońcu nie należała do przyjemności.
- Cineva în faţa – powiedział Laszlo siedzący obok na koźle.
- Unde? – Monty podniósł wzrok i popatrzył przed siebie. Faktycznie, zobaczył jak ktoś zbliża się do nich. Samotny podróżny w tych stronach nie był aż tak niecodziennym zjawiskiem, ale też nie do końca normalnym.
- Usor – powiedział do reszty. – Pregătită arma ta.
Szczęknęły dobywane noże. Ktoś wszedł na jeden z wozów i zaczął coś w nim grzebać. Monty patrzył jak niespiesznym krokiem zbliżają się do podróżnego. Wreszcie mieli go przed sobą by ocenić, że strój podróżny rzeczywiście wskazuje na wędrowca.
- Witaj kupcze – nieznajomy mówił w reikspielu. Podniósł prawą rękę w geście powitania i odrzucił kaptur z głowy. Białe włosy nadawały szlachetny wygląd twarzy, którą szpeciła paskudna blizna w okolicy oka.
- Witaj – odrzekł Monty. – Jak droga przed nami? Spokojnie?
- Aż do samego Delberza. Nikogo i niczego – spokojny głos wędrowca nie wskazywał na jakikolwiek ślad zmęczenia.
- Za nami też spokój. Przynajmniej do Utterchorhu. Potem już popytaj dalej.
- Dziękuję.
Nieznajomy ruszył dalej, ale po dwóch krokach stanął i spojrzał na woźnicę jakby o czymś sobie przypomniał.
- Nie widziałeś może grupy ludzi i krasnoluda podróżującego w tych okolicach?
Kupiec mrugnął okiem, choć nie okazał swojego zdziwienia bardziej niż ten tylko gest. Sygnał rogu ostrzegawczego zabrzmiał w tyle głowy z siłą imperialnej armii.
- Nie – wolno odpowiedział. „Za wolno” skarcił się w duchu. Pewnie Otto by inaczej zareagował w takiej sytuacji, ale on jest tylko prostym kupcem.
- Na pewno? – nieznajomy dopytywał się jakby zwykła odpowiedź mu nie wystarczała.
- Fi gata. Pe semnul meu omoratil pe ticalos. Rotiţi capul sa inteleaga – powiedział Monty w stronę swoich ludzi. Ci wolno pokręcili głowami.
- Oni też nie widzieli. Może w miasteczku coś będą wiedzieć.
- To dobrze. Znaczy, że są przede mną – nieznajomy zdawał się być usatysfakcjonowany z odpowiedzi. – A dla ciebie bardzo źle człeczyno – zasyczał i ścisnął rękę w pięść. Gardło kupca złapała stalowa rękawica i nie chciała puścić. Krztusił się, ale nie mógł wydać ani słowa. Jego ludzie popatrzyli na niego w oczekiwaniu na coś. Potem po kolei każdy z nich zaczął się dusić nie mogąc się ruszyć. A ręka zaciśnięta w pięść została uniesiona w górze. Na twarzy nieznajomego Śmiertelny uściskmożna się nawet było dopatrzeć czegoś na kształt zadowolenia.
- Myślisz, że nie wiem, że powiedziałeś swoim ludziom, by mnie zabili? – wędrowiec podszedł wolno do wozu i stanął na dyszlu.
- Crezi că poţi face ceva ca să mă păcăleşti? – dodał w języku, którym władali wszyscy wokół Monty`ego. Oczy kupca nabiegły krwią a przerażenie wpełzło na policzki. Popuścił pod siebie, ale nawet tego nie zauważył. Reszta jego ludzi charczała walcząc o tlen. W jednym z wozów coś zaczęło się rzucać i ciskać po całym pojeździe.
- To nic osobistego … Monty – słodycz w głosie nieznajomego była zabójcza. – Dasz mi tylko to …– mówiąc to sięgnął za pazuchę człowieka i wyjął stalowy cylinder na pergaminy. Otworzył go i wyjął zwitek papieru. Schował go do kieszeni a cylinder zamknął i odłożył na miejsce.
- Widzisz, jakie to proste – kupiec nadal nic nie mógł zrobić. Posiniał na twarzy a z nosa ciekły zielone gluty. – Teraz twoja kolej. Wiesz, musisz być dobrym i przekonującym przykładem. Liczę na ciebie i na twoich rozumnych ludzi. Bo takowych masz, prawda? – poklepał go po policzkach, z których odpłynęła już chyba resztka krwi. Złapał go za gardło już własną ręką i ścisnął. Kupiec tylko pisnął, kiedy bluznęła krew a na ziemię spadło wyszarpany kawał mięsa. Zaraz za nim poleciało miotające się ciało. Nieznajomy patrzył się na to i stał obok upewniając się, że inni też to widzą. Kompani kupca z przerażeniem obserwowali, jak ich pracodawca miota się w pyle drogi i zalewa wszystko strugami krwi. Wreszcie nieruchomieje i zamiera na dobre. Wtedy nieznajomy przewraca go na plecy i patrzy w szkliste oczy.
- Nu incurca cu pitica! – krzyknął w martwą twarz i spluną na zwłoki. Kochał to uczucie, gdy gra główną rolę a reszta patrzy i chłonie to, co on chce pokazać. Jest panem prawdy i nie zamierza być nikim innym. Nie wobec nich. O tak, okrzyk by nie zadzierał z karłem był dobry. Nawet bardzo.
- Care este modul de toate care va incurca cu pitica. Plec si nu se mai intorc! – krzyknął do reszty. Uścisk na gardła ustąpił, ale strach pozostał. I jeszcze słowa nieznajomego o karle, który dopadnie ich wszystkich i pozabija, jeśli wrócą. Nikt nie chciał zostawać. Lepiej uchodzić i przeżyć niż gnić gdzieś w rowie za nie swoją wojnę. Przekażą tylko, że krasnolud grasuje i jego człowiek, pewnie mag, zabił ich pana. Nie było wątpliwości, że to on.
- Fi dus! – krzyknął nieznajomy.
Reszcie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Laszlo chwycił lejce, spiął konie i ruszył z kopyta. Zostawił ciało swego pryncypała, ale ma dobytek, resztę jego ludzi i ważne informacje do przekazania. O wielkim niebezpieczeństwie ze strony krasnoluda i jego ludzi.
Wędrowiec patrzył do momentu, gdy wozy zniknęły za zakrętem. Teraz mógł się uśmiechnąć w pełni. Ukląkł przy ciele i włożył w oczodół palec. Zamknął oczy a te zatrzepotały pod powiekami jak przy intensywnym śnie. Skończył w mgnieniu oka. Wytarł zakrwawioną rękawiczkę o ciało i wyprostował się. Najwyższy czas podbić stawkę tej gry. Zaczynało robić się już nudno.

View
Utterchorh, 3 sigmarzeit 2524 od koronacji Sigmara

Utterchorh- Panie… – człowiek z chustą na szyi przekręcił w ręku rysik i postukał nim w trzymany zwój pergaminu zawieszając głos – … Jakow. Proszę mnie poprawić, jeśli coś przekręcę. Jedyni nieznajomi, jacy trafili do miasteczka to przyjezdny kupiec i grupka ludzi z północy. Czy tak?
Człowiek zwany Jakowem przytaknął wolno głową. Odziany skromnie, ze spodniami na szelkach, wyglądał na drwala. Potężne dłonie i szerokie ramiona nie zostawiały wątpliwości, że w operowaniu siekierą nie ma sobie równych.
- Kupiec stanął ze swoim straganem na rynku i nie opuszcza go od kilku dni. Nieznajomi pokręcili się po miasteczku, byli w okolicznych lasach i wczoraj ruszyli na południe. Zgadza się?
Znów Jakow kiwnął głową. Patrzył na postawnego człowieka z rysikiem i czuł respekt. Nie taki jak do Kitela, kapłana Ulryka, czy do Gideona – kapłana Sigmara, ale taki prawdziwy, którego nie trzeba podkreślać symbolami czy gładką gadką.

View
Utterhorch, 33 pflugzeit 2524 od koronacji Sigmara

LasZielona ściana lasu przesuwała się monotonnie wokół skrywając wszystko to, co czaiło się za kolejnymi pniami drzew. Niedawna rozmowa z tajemniczym osobnikiem opowiadającym o wampirach i ich planach napełniła serca wszystkich strachem. Strachem przed śmiercią czającą się pośród drzew i gotową skoczyć do gardła. Carsteinowie to zupełnie inny rodzaj wampirów i będzie to równie ciężka przeprawa jak z Nekrarchami. Mieli przed sobą dzień lub dwa spokoju, ale to nie dawało komfortu swobodnej podróży. Należało odejść jak najdalej od miejsca niedawnej jatki i ruszyć na południe.
Drogę obrano prosto i bez specjalnych trudności. Z map widzianych jeszcze w Altdorfie i tego, co udało się usłyszeć po drodze, to idąc na południe uda się dotrzeć do Talabeku. Zajmie to pewnie z tydzień, ale dzięki temu uda się dotrzeć do miejsca, gdzie będzie można wziąć dyliżans albo prom by ruszyć na wschód, do Zavstry. To jedyna szybka droga by tam się dostać. Pchanie się wprost na wschód, przez las, niosło ze sobą niebezpieczeństwo napotkania innych wampirów, maruderów Chaosu plądrujących te lasy lub innych im podobnych. Za dużo mogłoby być w tym przypadku i niewiadomej niż rzeczywistego zysku w postaci ucieczki przed wampirami. Przedmioty, choć nadal milczące i spokojnie leżące w dłoni lub w sakwie, to potencjalny wyrok śmierci. Jednak wszyscy przyjęli, że będą w stanie je opanować i ich używanie będzie ograniczone do niezbędnego minimum.
Zmęczeni, poranieni i zmizerowani szli ścieżką na południe przez lasy południowego Ostlandu zostawiając za sobą villę Hanh oraz ruiny Wolfenburga, do którego nigdy nie dotarli. Hans przepatrywał drogę przed grupą. Zmęczenie dawało o sobie znać, ale trzymał się. Od czasu do czasu zapolował na coś małego by można było coś zjeść. Nie zapowiadało się by w tym miejscu można było natknąć się na jakąś osadę a jeść trzeba. Wkrótce też zając dyndał przy pasie i niósł zapowiedź ciepłego posiłku. Byleby przed nocą, bo ognisk w nocy nie zamierzali rozpalać. Reszta grupy starała się iść przed siebie i nie hałasować za bardzo. Udawało się to tak, jak tylko to potrafiono robić. Jeśli miałyby przyjść wampiry, to hałas byłby ich najmniejszym zmartwieniem. Bardziej obawiano się hałasu, jaki czynią wampiry a jest to ryk burzy i wycie wilków.

View
140 km od Wolfenburga, 29 pflugzeit 2524 od koronacji Sigmara

Stos KarlaKarl nie żyje. Bolesna świadomość tego faktu z każdą chwilą stawała się coraz bardziej wyraźniejsza. Wampiry zabiły Karla, choć chciały tak bardzo dostać go w swoje ręce. Wszyscy zachodzili w głowę, dlaczego tak się stało, bo nic nie wskazywało na to, że mały może zginąć. Wszyscy chcieli go żywego i nawet wampirom na tym zależało. Tymczasem martwe ciało dzieciaka leżało kilka metrów od nich, tuż obok martwego rycerza. Wyjście z podziemi ziemnym tunelem odbyło się niemal instynktownie i nikt nie był w stanie powiedzieć ile dokładnie minęło i jaką drogę przebyli. Hans po rozejrzeniu się z ulgą stwierdził, że są w normalnym lesie i jeszcze trwa noc.
Nie ulegało wątpliwości, że trzeba uciekać. Skoro Karl nie żył, to warunki współpracy, która i tak była już na granicy opłacalności dla każdej ze stron, nie miały racji bytu. Byli ostatnimi, którzy mieli Karla żywego. Byli też tymi, którzy zabili wampirzycę oraz tymi, którzy teraz uciekają. Reakcję wampirów sobie wyobrażano i nie było to nic przyjemnego.
Wszyscy zebrali się wokół ciał. Ułożono stos z pobliskich gałęzi, pniaków i suchych drzewek. Ułożono ciało wybrańca tuż obok rycerza. Rainer wyszeptał słowa modlitwy, którą żegnano wszystkich ważnych dla tego świata.

„Vereno, Pani Mądrości, niech idea i myśli zrodzone z tego dzieła, istnieją jak najdłużej…”

Hans przytknął płonącą pochodnię do stosu. Żarłoczny ogień rzucił się na igliwie i drobne gałązki by potem wystrzelić w niebo słupem czerwieni.

View
Bitwa Willa Hanh, 27 pflugzeit 2524 od koronacji Sigmara

KultystaW kamiennej komnacie stało ich co najmniej dziewięciu. Niektórzy byli gotowi na atak i dzierżyli łuki w ręku. Jeszcze inni stali plecami do wejścia i obserwowali ołtarz. Na nim stał Karl w otoczeniu Jana oraz nieznanego człowieka w zielonych szatach kapłana. Młode oblicze było skupione a zaciśnięte usta szeptały bezgłośnie jakąś modlitwę. Jan obserwował dzieciaka i zaciskał w ręku medalion, od którego promieniowała czarna poświata pierwotnej magii chaosu. Wszystko to przykrywał smród zgnilizny, świeżej krwi oraz zepsucia. Był on tak dojmujący, że aż świdrował w nosie i drapał w gardle. Nawet w kanałach marienburgskich śmierdziało przyjemniej niż tutaj.
Rytuał niewątpliwie miał się w najlepsze. Stojące przy ołtarzu lustro mieniło się wszystkimi kolorami tęczy i nie odbijało niczego, co było w komnacie. Jakby to nie było lustro tylko okno wychodzące na zupełnie inną stronę świata. Mag czuł atmosferę zagrożenia i czegoś, co nadchodzi. Bardzo szybko nadchodzi. Potwierdził tylko dla reszty, że nie ma na co czekać. Karlowi groziło śmiertelne niebezpieczeństwo i należało działać, bo może być za późno. Hans spojrzał jeszcze raz na komnatę i na czarny otwór po jej drugiej stronie, niedaleko ołtarza. Obawiał się, że jeśli nie zareagują odpowiednio szybko, to Jan może uciec. Może znów zabrać Karla i po raz kolejny będą musieli go ścigać by uwolnić dzieciaka. Tym razem nie dopuści do tego. Nie teraz. Zamknął na chwilę oczy, ścisnął mocniej łuczysko w ręku i ruszył do przodu.

View
Willa Hanh, 27 pflugzeit 2524 od koronacji Sigmara

Rozkład w lesieZielony las przechodził powoli acz nieustająco w coś, co przypominało bardziej moczary. Zieloność liści i brąz kory zastępowała szarość porostów i zgniłozielone brody mchów na gałęziach. Pod nogami pękały suche gałązki i zgrzytała przesuszona trawa. Taki stan utrzymywał się od zejścia z głównej drogi, a ślady nieubłaganie zmierzały w sam środek tego zniszczonego lasu. Im bardziej grupa zagłębiała się w niego tym bardziej było czuć smród butwienia, gnicia i śmierci. Fioletowe pasma wiatru śmierci, widziane tylko przez maga, oplatały rachityczne drzewka i przeczesywały gęste kępy mchów na zwalonych pniach. Jedno było pewne – jeśli gdzieś tutaj jest świątynia splugawienia, to grupa dobrze trafiła.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.