Tysiące Tronów

Willa Hanh, 27 pflugzeit 2524 od koronacji Sigmara

Rozkład w lesieZielony las przechodził powoli acz nieustająco w coś, co przypominało bardziej moczary. Zieloność liści i brąz kory zastępowała szarość porostów i zgniłozielone brody mchów na gałęziach. Pod nogami pękały suche gałązki i zgrzytała przesuszona trawa. Taki stan utrzymywał się od zejścia z głównej drogi, a ślady nieubłaganie zmierzały w sam środek tego zniszczonego lasu. Im bardziej grupa zagłębiała się w niego tym bardziej było czuć smród butwienia, gnicia i śmierci. Fioletowe pasma wiatru śmierci, widziane tylko przez maga, oplatały rachityczne drzewka i przeczesywały gęste kępy mchów na zwalonych pniach. Jedno było pewne – jeśli gdzieś tutaj jest świątynia splugawienia, to grupa dobrze trafiła.

Podejście do williNie było tutaj śladów zwierzyny czy śladów, które by zbaczały ze ścieżki. Jedyne inne ślady, na jakie się natknęli dochodziły z boku, gdzieś od strony bagien. Wszystko wskazywało na to, że ten, kto je zostawił, biegł i chciał jak najszybciej dostać się na suchy ląd i pewnie do samej świątyni. Nie wskazywały by mógł być to kultysta, ale w takim miejscu nic nie jest pewne. Tym bardziej, że zgodnie z listem zostawionym przy trupach w Rurhof rytuał miał się powoli zaczynać.
Po kilku godzinach marszu i wdychania bagiennych oparów wreszcie udało dostać się na miejsce. Ścieżka rozszerzyła się i kończyła się przy stalowej bramie. Bramie otwartej. Za nią było widać podwórze, stojące po prawej stronie stajnie i górujący nad wszystkim ogromny budynek. Czarne otwory okienne i pourywane zawiasy drzwi wskazywały, że nikogo tutaj nie ma, ale przeczyły temu ślady. Hans ostrożnie wszedł na teren. Ostrzegł innych przed zbliżaniem się do czarnej tafli wody utworzonej w prostokątnym zbiorniku wodnym pełniącym pewnie funkcje ozdobne. Teraz był Willa Hanhzarośnięty i wypełniony czarną wodą, w której odbijało się blade światło słońca. Trop prowadził teraz do jednej ze stajni oraz dalej, do budynku. W stajni znaleziono szkielet konia, co tylko potwierdziło przypuszczenia o tym, jak Jan mógł się tu dostać. I dlaczego był przed nimi. A to niechybnie prowadziło do jednego – rytuał mógł się zacząć.
Przed wejściem do willi trop się rozdzielał. Nieliczne prowadziły do budynku, ale większość zakręcała wokół domu i wychodziła gdzieś na jego tyły. Decyzja o tym, co dalej była prosta – budynek. A był on kiedyś naprawdę imponujący. Po dawnej świetności zostały poobłupywane ozdoby, Wnętrze willikręcone schody, puste ramy po obrazach, ozdobne kominki i mnogość pokoi. Kiedyś to miejsce musiało tętnić życiem, ale obecnie wszędzie panowała cisza, kurz i widmo rozkładu. Przeszukiwanie pokoi też niewiele dało – wszędzie ten sam obrazek zniszczenia i rozpadu. Jedynym ciekawym tropem były ślady, które już Hans widział na bagnach, a które wbiegały na górę do jednego z pokoi. Jean Paul wykrywał za nimi coś dziwnego, coś czarnego i coś skażonego chaosem. Tam najwyraźniej coś się działo.
Dla kapłana nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Otworzył drzwi i … zobaczył dziwnego stwora z licznymi mackami, który stał nieopodal dziwnej zjawy i całkiem żywego człowieka z mieczem w ręku. Najwyraźniej ów człowiek zamierzał walczyć z tym czymś, zaś zjawa unosiła się w powietrzu Stwórniewzruszona tym, co się działo. Widok potwora był…straszny. Nogi same nakazały ucieczkę a umysł starał się rozumieć z tego jak najmniej. Mag pospieszył na ratunek i zaczął splątywać magię. Rozgorzała krótka acz gwałtowna walka, w której stwór ostatecznie poległ zamieniając się w parującą i śmierdzącą kałużę. Rainer chcąc ostatecznie pokazać, ze się nie boi, wpadł do pokoju, przebił się przez drzwi i wylądował na stercie kości. To dzięki temu udało się znaleźć medalion, który posiadał już znaki, jakie widzieli w Rurhof – muchę.
Francis, jak nazywał się mężczyzna, to Bretończyk, który przybył tu by uwolnić dziewczynę z okowów śmierci. Nie zauważył tylko, że te okowy już zostały założone a ona sama jest bardziej duchem niż osobą z krwi i kości. Przynajmniej udało się wyrwać jej ducha z macek bestii i teraz może swobodnie przebywać na łonie Pani z Jeziora. Mag wolał się nie odzywać za bardzo, zaś reszta miała szczerze dość kolejnych moralizatorskich przemówień o wyższości moralnej Pani nad resztą bogów. Na szczęście nie był on poza tym specjalnie rozmowny i zajmował się własnymi sprawami.
Przeszukanie reszty budowli było już tylko formalnością. Z kilku znalezionych zapisków udało się poskładać w całość historię tego miejsca. Przynajmniej tą część, która była ważna i spowodowała utworzenie Świątyni Plugastwa. To najmłodszy z rodu Hanh – Ruprecht – wszedł w konszachty z mocami, którymi nie powinien się zajmować. Oddał im siebie, swoją rodzinę i ziemie z domem. Na niej zaczął budowę świątyni położonej w starym ogrodzie. Zabezpieczył wejście do niej sekretnymi znakami i tylko osoby uprawnione mogą tam wejść. Dzięki medalionowi wszystko było możliwe. Zatem znak muchy i świątynia nie były tu przypadkiem.
Jeszcze jedno zdarzenie pokazało prawdę o tym miejscu. W piwnicach natknięto się na kolejnego ducha. Ten chciał coś przekazać, ale jednocześnie bronił się przed zrobieniem czegoś. Jego zachowanie było bardzo dziwne, ale Rainer pokonał strach, uprzedzenia i lęki innych i pierwszy wyciągnął przyjazną dłoń do ducha. Dotyk zimnych, eterycznych palców, przeszył błyskawicą umysł Rycerze Chaosukapłana. W jednej chwili zobaczył wielki plac przed masywnym budynkiem, przechadzającymi się po nim rycerzami w czarnych zbrojach oraz wielkie prace nad czymś w ogrodzie. Widział też lęk i ból ludzi zamkniętych w pokojach, czekających na otworzenie drzwi i z drżeniem nasłuchujących kroków na schodach. Wyczuł strach przed śmiercią, ale też strach o innych. Szczególnie, że wśród tych uczuć były również matczyne łzy i ojcowski uścisk rąk. W ułamku sekundy to wszystko zawirowało zalane potokiem śmierdzącej rzeki ekskrementów, ropy i zakrzepłej krwi. Nad wszystkim wirowało stado much i kłębiły się smugi czarnych pasem wiatru magii.
Hans czuł, że każda chwila w domu zmniejsza ich szanse do dostania się do świątyni. Mag mimo to nalegał, by jeszcze przeszukać biurka, szafki, księgi – tyle tego się tu marnowało, podczas gdy on był żądny wiedzy i chęci do nauki. Kiedy kolejna książka rozpadła się w proch i stalowy zamek został zmieciony wraz z resztą biurka przez krasnoludzki cios poddał się i wszyscy mogli ruszyć do ogrodu. Z piętra wyglądało to jak wielki labirynt utkany z żywopłotu, nad którym wisi ciężka od deszczu chmura. Gdy cała grupa podeszła bliżej okazało się to znacznie większe i bardziej złowieszcze.
Wszystko emanowało magią. Od wejścia po koniuszki listków żywopłotu. Hans niepewnie wkroczył do Ogródśrodka. Wąskie przejścia pomiędzy ścianami żywopłotu wyznaczały ściśle granice przechodzenia. Nad głową wisiała mgła, która wyżej zamieniała się w chmurę, którą było widać z zewnątrz. Nauczyciel Hansa powtarzał, że w takich labiryntach należy zawsze trzymać się jednej strony. Skręcili w prawo i ruszyli ostrożnie wzdłuż ściany żywopłotu. Kolejny zakręt i jeszcze jeden uświadomił im, że kręcą się wkoło i w dodatku nie widać nigdzie wyjścia. Jakby magicznie się zasklepiło. W dodatku nie widać też nigdzie przejścia do środka labiryntu. Nadszedł najwyższy czas na użycie naszyjnika znalezionego w domu.
Z chrzęstem przypominającym przedzieranie się niedźwiedzia przez leśne ostępy gałązki żywopłotu rozplątywały się i uformowały korytarz do środka labiryntu. Na końcu tego zielonego korytarza czerniała się bryła kamiennej altanki z niewielkim budyneczkiem w jej środku. Zachęcający do wejścia czarny prostokąt promieniował czernią a przy podejściu smrodem i rozkładem. Nie było wątpliwości – są na miejscu. Teraz się wszystko rozegra.

Comments

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.