Tysiące Tronów

Walki w stanicy "Pływak", brzeg Talabeku, 6 sigmarzeit 2524 od koronacji Sigmara

Nadchodząca burzaDymu w pomieszczeniu nie było za wiele. Ciepło z kominka mile rozgrzewało kości a przyjemny zapach jadła kręcił w nosie. Cała sala była pełna ludzi i wejście drużyny nie pozostało bez echa. Hans pewnie wszedł do środka i od razu przeszedł do wolnego stolika. Reszta ruszyła za nim odprowadzana ciekawymi spojrzeniami zebranych podróżnych. Zasiedli w spokoju i z uwagą przyjrzeli się klienteli „Pływaka”. Widać było strażników drogowych siedzących przy kontuarze i przepijających do właścicielki. Obok siedział zatopiony w rozmowie trzeci ze strażników, który tłumaczył coś jednemu z pachołków, który dopytywał się o drogę. Kilku kupców, stronie ubrana młoda dama oraz wygolony mężczyzna z wytatuowaną czaszką na szyi dopełniali reszty barwnej tłuszczy. Najdłużej przypatrywał się ów mężczyzna z czaszką, którego strój, po bliższym przyjrzeniu się, wskazywał na maga. Spojrzenie na zaburzenia wiatrów magii dość jasno wskazywało na Kolegium Jadeitu. Robiło się bardzo ciekawie.
- Jadła dla pięciu i piwa dla ośmiu prosimy – powiedział Hans podchodząc do lady. Kobieta w kwiecie wieku przyjęła zamówienie i zaczęła już nalewać piwa. Za nią były półotwarte drzwi do kuchni zza których dolatywał zapach kaszy i omasty.
- Mamy tylko kaszę i skwarki oraz ryby, może być? – uśmiechnęła się choć nie zamaskowała zmęczenia kryjącego się w oczach.
- Tak, jasne. I jakiś pokój dla czterech, może być jeden.
- Pokój jest, na górze. Jeden się znajdzie, bo dziś trudno o wolne. Sami widzicie – wskazała głową na salę. – Mamy niemal komplet.
- Dobrze. Dla nas pasuje. Jesteśmy w drodze i każda chwila odpoczynku będzie dobra. Proszę przynieść wszystko do stolika, gdzie siedzi krasnolud. On już się tym zatroszczy – Hans odwrócił się by zobaczyć, czy wszyscy są na miejscu i nikt nie wszczyna burdy. Zobaczył też, że Jean Paul podszedł do łysego osobnika i zaczyna z nim rozmawiać. Najwyraźniej dwóch profesjonalistów postanowiło wymienić się uwagami.
I faktycznie to był mag. Jean Paul z obawą podchodził do tej rozmowy bo jednak fioletowa magia to jednak magia śmierci i ktoś taki może być wyczulony na dhar jak nikt inny. A przecież mają ze sobą młot z którego wylewa się dhar.
- Jestem Jean Paul z Kolegium Światła.
- Jestem Villeas Goethe z Kolegium Śmierci z Talabheim.
- Witam. Zdążasz do swoich? – zaczął mag by wybadać co sprowadza w to miejsce maga fioletu.
- Jestem w misji z Kisleva. Bardzo ważnej misji. Muszę coś dostarczyć dla moich mistrzów a co jest ważne dla całego Kolegium. Jutro ruszam na zachód. Jednak dziś noc wypada tutaj a plotki z okolicy mówią o nieumarłych, których ostatnio jest tu dużo.
- To prawda. Sami widzieliśmy ich w dużych ilościach. I są jeszcze wampiry…
- Wampiry? A to ciekawe…
Villeas- Sami zabiliśmy kilku i pewnie teraz nas ścigają. Możliwe, że chcą coś, co mamy w swoim posiadaniu – Jean Paul nie ukrywał już niczego.
- Wampiry was ścigają? Robi się coraz ciekawiej. To pewnie tłumaczy tą przeklętą rzecz, którą nosi krasnolud. Posiadanie takich rzeczy w Imperium jest dość jasno określone przez edykt … –zawiesił głos patrząc na Jeana Paula z satysfakcją w głosie.
- My też jesteśmy … w misji – zadowolenie z twarzy Villeasa spłowiało w mgnieniu oka. – Musimy zanieść ten młot do miejsca, które będzie w stanie utrzymać go w ryzach. To bardzo niebezpieczny przedmiot.
- Widzę – napotkany mag spojrzał w stronę jedzącego kaszę krasnoluda. – To nasz wojownik, bardzo okrutny w walce – kontynuował mag podczas gdy Thorek wydłubywał ziarenka kaszy z brody. – Młot jest z nim związany i chyba poza nim, nie może nim operować – potężne kichnięcie w kaszę wywaliło sporo treści na stół. Krasnolud zgarnął kaszę ze stołu i wsypał sobie do gardła. Zapił piwem i beknął przeciągle co inni skwitowali tylko kręceniem głowy z dezaprobatą.
- Trzeba uważać w rzucaniu czarów w obecności tego przedmiotu. Może spowodować nieprzewidziane skutki uboczne.
- To niech lepiej twój towarzysz albo sam przedmiot chwilowo nie kręcił się za bardzo bo będę odprawiać rytuał odpędzający nieumarłych. Proszono mnie o to bo czas niespokojny a okolica nie należy do bezpiecznych. Przynajmniej ostatnio – Villeas spojrzał w okno. Za nim błysnęło gdzieś daleko i głuchy grom przetoczył się przez majaczący w oddali las skryty za ostrokołem.
- Dobrze, powiem mu by się nie kręcił za bardzo. Pomoże to coś na nieumarłych?
- Zawsze pomaga. Zaufaj mi.
Villeas wstał i wyszedł na zewnątrz. Jean Paul miał wrażenie, że mag nie był do końca szczery z nim. Do tego wydawało mu się, że gość chyba udaje mądrzejszego niż jest w rzeczywistości. Coś w jego postawie mówiło, że poza mówieniem, to niewiele jest miejsca na umiejętności, ale to pewnie będzie zweryfikowane przez najbliższą noc. Mimo to postanowił sprawdzić czy coś jest w zajeździe, co może sprawić problem. Przejrzenie magiczne okolicy ujawniło kilka zwykłych przedmiotów magicznych oraz jedną, ciekawą rzecz. Opływała w dhar i fiolet tak intensywnie, że przyćmiewała wszystko inne. Najwyraźniej należała do maga, gdyż nikt nie miał tutaj tak wyraźnej fioletowej aury. Najwyraźniej misja z Kolegium to prawda, tylko że nadal nie zgadzało się to z zachowaniem mężczyzny. Jean Paul wrócił do swoich. Thorek pił już piwo i najwyraźniej zadowolony patrzył na resztę ludzi w zajeździe z miną zdobywcy.
- Thorek, ten tutejszy mag będzie coś rzucać na nieumarłych. Przejdź z młotem gdzieś, gdzie nie będzie on przeszkadzać. Nie chcemy tu nowych demonów czy innych takich rzeczy.
- Dobra. Zmywam się przejść. Wy róbcie swoje a ja swoje. Czas na kibel – powiedział, wstał i wyszedł. Młot mile chłodził plecy ale nie czuł z tego powodu dyskomfortu. Pod skórą czuł, że jeszcze tej nocy będzie znów w użyciu.
Jadeitowy mag wyrysował na środku placu pentagram a potem czarował w kilku miejscach wokół całego ostrokołu. Magia fioletu otoczyła całą stanicę opływając drewniane bale, zdeptane przez końskie kopyta klepiska oraz nabrzeże z wielkim jachtem i dwoma małymi łódkami. Tam właśnie przechadzał się Thorek bo to jedyne miejsce, gdzie nie chodzili magicy i gdzie młot nie miał szans nikogo niepokoić. Jean Paul też przyłączył się do obserwacji okolicy, ale wybrał miejsce przy bramie. Nasłuchiwał czy czegoś nie słychać i czy burza nadchodzi normalnie czy jest wspomagana. Hans też patrzył na rosnący front burzowy siedząc na dachu składziku. Na wieczornym niebie nawałnica zdawała się podobna do czarnych fal morskich, które pożerają kolejne gwiazdy. Uderzenie burzy było nieuniknione, ale za nią kryły się wampiry. Hans nie miał co do tego wątpliwości i wolał się zawsze mylić niż zostawić wszystko przypadkowi. Patrzył na przygotowania magów, na spacery Thoreka i krzątanie się pachołków chowających rzeczy, pakujących kufry i spinających linami wszystko to, co mogła porwać burza.
Przygotowania do spodziewanego ataku nieumarłych zostały zakończone. Villeas wrócił do sali biesiadnej by uspokoić podróżnych, że są bezpieczni. Thorek przechadzał się po nabrzeżu kopiąc w deski ze złością. Przestawiają go z kąta w kąt traktując jak trędowatego a przecież to tylko młot, którego nie zamierza używać. Chyba, że będzie taka konieczność. A póki co takowej nie było Przygotowania do walkii nie było powodu… Wtem usłyszał jęk dochodzący z dużej łodzi. Zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Dźwięk powtórzył się i to, że pochodził z zakneblowanego gardła, nie ulegało wątpliwości. Krasnolud zajrzał przez burtę i zobaczył leżącego marynarza, związanego jak bela i szamoczącego się na deskach pokładu. Szybko, oczywiście jak na niego, wgramolił się na pokład i uwolnił z więzów człowieka.
- Na Sigmara. Szybko, ktoś dostał się do ładowni. Związał mnie i coś tam zrobił – wyrzucił z siebie jak tylko pozbył się knebla. Obaj skoczyli do zejścia do ładowni. Trzeszczące schody uginały się, ale wytrzymały ciężar obu biegnących. Wreszcie stęknęły ostatni raz, gdy obaj stanęli jak wryci na brzegu pomieszczenia. Widać było wszędzie stojące beczki z prochem. Na środku ładowni stała jedna z nich. Na niej leżała szklana kula i na niej postawiona była paląca się latarnia oliwna. Chybotała się delikatnie, ale zawsze udawało jej się utrzymać pionową pozycję. Wydawało się, że wystarczy jeden zbędny ruch i wszystko to wyleci w powietrze.
- Idę po kapitana – szepnął majtek i ruszył do karczmy.
- Idę po maga – mruknął Thorek i zszedł na ląd.
Do burzy została może godzina a może i mniej. Po odkryciu niespodzianki w ładowni zrobiło się nerwowo. Zlecieli się wszyscy do statku i zaczęli zastanawiać się, co zrobić. Próba podejścia do lampy aktywowała czar i młot Thoreka się wzbudzał. Groziło to wywaleniem się latarni i katastrofą. Trzeba było jakoś zablokować czar i wywalić stąd źródło niebezpieczeństwa, czyli szklaną kulę. Jean Paul widział w niej czar magii ognia związany z kulą ognia, który tylko czeka na uwolnienie. Zatem to nie latarnia była niebezpieczna a właśnie ta szklana rzecz. Posiadając pergamin z niwelowaniem magii uda się zablokować czar, ale kulę trzeba szybko zabrać i wywalić. Wszyscy popatrzyli na siebie bo stało się jasne, że ktoś to musi zrobić. Jeśli się nie uda to nie będzie co zbierać z okolicy. Ryzyko jest ogromne, ale trzeba je podjąć. Jeśli nadejdzie burza i rzeka się wzburzy to będzie tak kołysać, że lampa spadnie uwalniając prawdziwe piekło.
Hans popluł sobie w dłonie, klasnął ze trzy razy i powiedział: „Zrobię to”. Przetrenował na sucho ruchy, popatrzył na ludzi i nakazał zabrać ich na górę. Na dole został tylko mag by zniwelować skutki czaru i dać czas dla Hansa na wywalenie kuli. Gdyby się nie udało to zebrany tutaj proch z powodzeniem rozwaliłby stanicę wraz z przyległościami. Burza nadchodzi i nie ma czasu na takie rzeczy. Łowca ruszył. Podszedł do beczki z lampą. Słowa maga w nieznanym języku nie pomogły dla niego wiele, ale przynajmniej lampa stała w miejscu i dało się ją podnieść. BekkoChwycił kulę, która już rozgrzewała się w ręku. Obrócił się szybko i ruszył na schody. Kilka szczebli na drewnianych stopniach to nie problem. Ręka pewnie trzymała kulę w ręku a nogi prowadziły do wyjścia. Będąc jeszcze w luku, ale już widząc rzekę Hans cisnął lobem kulę wprost w zimne wody Talabeku. Chlupnęło, ale nic nie wybuchło. Wszyscy odetchnęli i choć na chwilkę można było pogratulować sobie sukcesu. Wystarczyło jednak szybkie spojrzenie na północ, gdzie gwiazdy zginęły za wałem burzonym, po którym pełzały leniwie błyskawice. Uderzenie burzy było nieuniknione.
Załoga „Bekko” została już na statku by pilnować jego cennego ładunku. Reszta gości wróciła do stanicy. Nikt nie wyglądał na takiego, kto mógł podłożyć taką bombę do ładowni. Kapitan statku mruczał tylko „Kislewici” i kręcił głową. Hans rozmawiał z nim czy by nie mogli zabrać się z nim jutro. Płynął wraz z ładunkiem do Zavstry a to było po drodze dla wszystkich. Kapitan nie obiecywał za wiele poza transportem. Ostrzegł też, że w mieście są zamieszki i możliwe, że ładunek może być przechwycony przez Kislewitów zanim dopłyną do miasta. To powodowało, że mogło być gorąco na statku. W obliczu pościgu wampirów nie stanowiło to problemu a skoro można było dogadać się z kapitanem to nie było problemu. Jedynym problemem było przeżycie do jutra. A to wydawało się całkiem realne o ile minie burza.
Thorek opuścił nabrzeże i skupił się na chodzeniu wokół stajni, wozowni i wzdłuż ostrokołu. Mag czuwał przy bramie a Hans i Rainer siedzieli w głównej izbie. Rainer szczególnie przyglądał się pięknej, młodej hrabiance. W otoczeniu swojej świty rozmawiała z Villeasem i śmiała się promieniście. Kapłan widział takie zachowanie i zepsucie, jakie może pod tym się kryć. Nie podobała mu się ta kobieta bo za bardzo przypominała Selenę. Ponieważ teraz mieli już oczy wokół głowy to podejrzenia wobec niej, że jest Lamią, były bardzo poważne. W myślach już ostrzył kołek by zanurzyć go w ponętnej piersi kobiety i sprawę wampirów w okolicy mieć załatwioną. To też spowodowało, że wyszedł na zewnątrz i sprawdził wozownię. Przyjechała powozem, jak mówiła dla jadeitowego maga, więc musi on tu gdzieś być. Może ma coś na nim ciekawego?
Wóz wyglądał na bogaty i wygodny. Miał masę pakunków na sobie i nic nie wskazywało by miał coś dziwnego w sobie. Rainer jednak nie poddawał się. Zawołał maga by ten spojrzał na wóz i opisał to, co widzi. To, co zobaczył magicznym wzrokiem, nie było czymś zwykłym. Jadowita zieleń sączyła się wokół jednej ze skrzynek i wskazywała na obecność czegoś bardzo chaotycznego. Trzeba było się tym zająć i ani mag ani kapłan nie mogli tego pominąć. Jean Paul wolał się przed tym skonsultować z magiem, czy i on to widzi. Krótka wizyta potwierdziła, że to nie są przywidzenia. Poza młotem jeszcze coś tutaj miało w sobie coś z magii chaosu. Wizja lokalna z hrabiną spowodowała, że musiała pokazać to, co ma w skrzyni. Nie robiła z tego jakiejś tajemnicy i współpracowała. Otworzyła skrzynię i wyjęła z niej … drzewo. Zrobione z mosiądzu drzewo było wielkości garnka i nie było w nim nic niezwykłego. Jean Paul nawet stwierdził, że magia chaosu odeszła. Możliwe, że zamieszanie ze statkiem to spowodowało a to znaczy, że tutaj dzieje się coś niezwykłego. Piękna szlachciankaPrzyglądanie się drzewku też niewiele dało bo nie wyróżniało się niczym szczególnym.
- Pani, skąd masz tą figurę? – spytał mag.
- Wracam z Kislewa i przywiozłam ją od rodziny. To pamiątka rodowa.
- Wiesz, jakie jest jej pochodzenie? Że ma w sobie magię chaosu?
- Chaosu? Magiczna? To cenna pamiątka, ale nie jest bardziej magiczna niż moja suknia. Jest w naszej rodzinie od pokoleń.
Nic nie dało się znaleźć. Drzewo było martwe magicznie jak kamienie na drodze. Cokolwiek to było to albo odeszło albo zostało zabrane. Póki co nic się z tym nie zrobi. A wiatr uderzył z całą mocą w drzwi wozowni niosąc wilgotną zapowiedź nadchodzącego frontu deszczowego. Dlatego wszyscy wrócili do środka stanicy. Hans znów stanął na dachu składzika i starał się z mroku wyłowić kształty, ruch lub inne objawy bytności kogokolwiek. Mag nasłuchiwał za bramą a Thorek kręcił się wokół klnąc pod nosem. Rainer nie wiedział co robić – czy być na zewnątrz, czy pilnować statku czy może pilnować hrabianki. Dopiero uderzenie szkwału wpędziło go do ciepłego pomieszczenia. Za nim przybiegł Hans, który już zdążył zamoknąć, choć do składziku nie było wcale daleko. Mag i krasnolud zostali na posterunku moknąć i zasłaniając twarz od wiatru i deszczu.
Broda khazada nasiąkała wodą wzbogacając ją o cenne minerały. Wraz z kilkoma odżywczymi składnikami już będącymi w splątanych włosach mogła tworzyć się całkiem apetyczna mieszanka. Już miał spróbować, gdy usłyszał głos. „Nadchodzę” zabrzmiało niedaleko, jakby za płotem. Karzeł przystanął i zaczął nasłuchiwać., „Nadchodzę” powtórzyło się, ale nie brzmiało jakby coś było bardzo daleko. Zasłona deszczu skutecznie odcinała wszystko w zasięgu kilku metrów a wiatr zagłuszał całą resztę. Niemożliwe było wyszeptanie czegokolwiek i usłyszenie tego jeśli nie stoi się tuż za plecami. Thorek gwałtownie obrócił się, ale nie dostrzegł nikogo. Poprawił młot na plecach i podszedł do maga. Opowiedział mu to, co słyszał i wskazał miejsce. Mag wyjrzał na Nadchodzązewnątrz, ale nic nie dostrzegł. Postanowił rzucić światełko by zobaczyć coś w mroku. Wypowiedział inkantację i kamień trzymany w rękach zabłysł jasnym światłem. Jean Paul podwinął rękawy i rzucił kamień za ostrokół. Chwilę leciał swobodnie a potem zgasł jakby ktoś zdmuchnął płomień. Jednocześnie poczuł ukłucie magii, jakby ktoś rzucił czar. Nie było już wątpliwości, że ktoś jest na zewnątrz i coś się szykuje.
Potem wszystko potoczyło się szybko i prawie zgodnie z przewidywalnym scenariuszem. Cała drużyna oraz kilku osiłków stanęła na placu gotowa do walki. Hans z dachu zaczął szyć do idących niespiesznie zombie starając się wypatrzyć pośród nich jakiegoś przywódcę. Cała załoga na statku przygotowała się do obrony ładunku a Villeas ustawił się w pentagramie na środku placu i patrzył na bramę wjazdową. Szkwał powoli ustępował skrywając wszystko w mroku i deszczu. I wtedy drewniana brama rozpadła się na kilka kawałków opadając na jednym skrzydle. W świetle stanęły trzy postaci, których postawa wskazywała na niedawnych rywali Jeana Paula w postaci wampirów Karsteina. Jednak zanim udało się im bliżej przyjrzeć i wymierzyć broń to skryli się oni w ciemność. Najwyraźniej nie była ona przeszkodą dla Villeasa gdyż zakrzyknął tylko „Dirae ro ha!” i ciemno fioletowa kula pomknęła w ciemność i tam już się zatrzymała. Zduszony krzyk dobiegł do uszu wszystkich. Jednocześnie z wody, przy pomoście i wzdłuż całej linii brzegowej ogrodzonej ostrokołem, pojawili się nieumarli. Ociekając wodą stanęli na brzegu i … padli jak rażeni piorunem. Tylko na pomoście wdali się w walkę z załogą statku. Najwyraźniej ochrona maga zdała rezultat.
Hans i Jean Paul czekali na to, co będzie z ciemnością. Nie mogli nic zrobić póki nie pojawi się przeciwnik. Rainer próbował dostać się do stanicy, ale drzwi były głucho zamknięte. Walił jeszcze pięścią w drzwi, ale odpuścił, gdy nikt nie odpowiadał. Pewnie się zaryglowali słysząc to, co dzieje się na zewnątrz. Nie podobało mu się to, co się działo. Zbyt dużo się działo a wampiry wyglądały na zdeterminowanych. Na potwierdzenie tych słów z ciemności wyleciał ciemny pocisk i trafił w pierś jadeitowego maga. Mężczyzna wyleciał do tyłu jak pchnięty potężną mocą i zatrzymał się dopiero przy rzecze leżąc w pobliżu dwóch pachołków. Thorek stał nieopodal gdyż nadal trzymał się daleko od maga by mu nie przeszkadzać. Nie widział, co działo się przy bramie, bo był zasłonięty, ale spodziewał się, że nie jest dobrze. Wibracja młota była coraz bardziej odczuwalna. „Nadchodzę” szeptał.
WalkaCiemność zniknęła w raz z nią trzy figury wampirów. Za to pojawili się oni w trzech miejscach na terenie stanicy najwyraźniej chcąc wziąć w krzyżowy ogień wszystkich na zewnątrz stanicy. Thorek już widział swój cel bowiem jeden z napastników pojawił się tuż przy wychodku. Drugi z wampirów pojawił się na dachu niedaleko maga i Hansa. Trzeci nie ujawniał się, ale było tylko kwestią chwili, gdzie się pojawi krwiopijca. Villeas też nie próżnował. Pachołkowie pomogli mu wstać i z wściekłością na twarzy zwrócił się w stronę wampira. „Zginiesz” wysyczał i cisnął kolejną kulę fioletowej materii. Nic jednak się nie stało z nią. Rozwiała się w powietrzu jak mgła a zdziwiony mag patrzył na swoje ręce i nie mógł w to uwierzyć. Zbyt późno zorientował się, że za jego plecami pojawiła się istota, której chyba się nie spodziewał. Zwiewny kształt, niemal utkany z mgły i ciemności, położył swoje eteralne dłonie na ramionach maga. Mężczyzna zdążył jeszcze krótko krzyknąć, ale to był ostatni dźwięk, jaki dobył się z jego ust. Wywrócił oczami, jego ciałem wstrząsnął ciąg drgawek i osunął się w błoto klepiska. Pachołkowie stojący obok skamienieli i nie mogli się poruszyć. Wir walki rozniósł się na całą stanicę i chaos uderzeń, uników oraz okrzyków ogarnął całe to miejsce.
Pole bitwyThorek palcami ściskał młot w ręku. Ten drugi, ten zimny, leżał na plecach i delikatnie dawał o sobie znać. Niemal niemożliwością było nie wzięcie go do ręki. Jednak wszyscy mówili, żeby go nie używać. Jednak ostatnio to ich jedyna deska ratunku. Bez tego młota już dawno by leżeli pod drzewami i wiewiórki by ogryzały im nosy. Długo nie trwała walka krasnoluda z wolą młota. Stopniała jak tylko zwiewna istota pojawiła się za plecami spotkanego w „Pływaku” maga. Przyjemny chłód w dłoni przywrócił moc w członkach khazada. Wzrok się wyostrzył dzięki temu mógł dostrzec to, co działo się wokół niego. Widział jak Rainer próbuje dostać się do demona. Jednak nie ma nic w ręku, czym mógłby zaatakować. Najwyraźniej chciał użyć maski leżącego maga i wejść w zwarcie z demonem.
„Odrzuć młot!” darł się z dachu mag jakby obawiał się, że nikt go nie usłyszy. Albo jakby sam ogłuchł i sam siebie nie słyszał. Krasnolud walczył z tym aż wreszcie odrzucił daleko za siebie broń patrząc jak dwóch pachołków stojących przy martwym magu osuwa się na ziemię po dotknięciu przez zwiewną istotę. Pojawił się też wampir oraz jego kumple. Najgorsze jest to, że ma bardzo blisko do leżącego młota. Najwyraźniej nastąpiła najgorsza z możliwych opcji rozwiązania sprawy magicznej broni – dostałaby się w ręce wampirów. Ponownie.
Chwilę trwało nim krasnolud doszedł do właściwych wniosków. Właściwych dla młota oczywiście. Jak za dotknięciem różdżki Jeana Paula młot wskoczył w rękę Thoreka i zaraz poszybował w stronę wampira ciśnięty wprawnym ruchem mocarnej dłoni. Głowica młota z sykiem przecięła powietrze i trafiła wampira w pierś. Ten skrzeknął, zawył i obrócił się w kupkę popiołu, który zmieszał się z błotem podwórza. Reszta wampirów widząc to zamieniła się w nietoperze i uciekła w ciemną noc. Na placu boju pozostał jeszcze demon, Młot tymczasem wpadał w coraz większe wibracje. Nadciągający z przystani żeglarze wpadli z impetem wprost na istotę utkaną z mgły i ciemności. W świetle ogników zdawała się pływać w powietrzu i przekradać się między kroplami deszczu. Jednak nie dane im było Zjawawalczyć gdyż młot przyjął ich żywoty do siebie w dość dramatyczny sposób rozpękując ich głowy. Kapitan i dwóch jego ludzi padli jak rażeni piorunem. Dla Thoreka to jednak ciągle było za mało. Młot drżał silnie ale stabilnie. Nadal pozostawał jeden przeciwnik, który stanowił śmiertelne zagrożenie i którego należy pokonać.
Rainer nie zdążył dobiec do niego, gdy młot znów wzleciał w powietrze. Zimna głowica dotknęła zjawę i wessała ją do siebie nie zostawiając niczego poza deszczem i trupami. Gdy wrócił ponownie do ręki pulsował już bardzo intensywnie. Na placu boju nie został nikt, kto byłby zagrożeniem, poza samym orężem. Mag dostrzegł potężne zawirowanie czarnego wiatru, jakie się uformowało w tym miejscu. Do tego wizja pucharu z przelewającym się z niego winem dopełniła niepokojącego przeczucia, że coś się stanie. Nie trzeba było daleko szukać – młot tylko czekał, by ponownie się dostroić i rozładować. Obecnie tylko czarami można było to zrobić. Dlatego mag cisnął czar na rozładowanie młota. Wykrzyczał inkantacje a powietrze nasyciło się wonią ozonu i czegoś jeszcze, co uleciało w górę równie szybko jak się pojawiło. Młot zaś stał się normalny. Mróz i szron z głowicy stopniał i zamienił się w rosę. Trzymała się teraz ona na młocie i nie zamierzała wysychać.
Drzwi do stanicy były zamknięte. Pukanie i walenie na nic się przydało. Strażnicy drogowi powiedzieli, że trzeba wyłamać. I tak też zrobiono. Podejrzana cisza z wnętrza była przerażająca. Gdy drzwi padły pod naporem ciosów, oczom wszystkich ukazał się nie mniej przerażający widok. Wszyscy w sali głównej nie żyli. Leżeli na podłodze lub na stołach bez żadnych oznak walki czy ran. Była tam też szlachcianka, choć kapłan podejrzewał ją o bycie wampirem. Był karczmarz z rodziną ciągle ściskający w ręku siekierę. Byli pachołkowie oraz kupcy. Nikogo nie oszczędziła śmierć a jej zagadka pewnie będzie jeszcze długo nie odkryta.
Drużynę już nic nie trzymało tutaj. Pozostał statek, kilku ludzi i droga na wschód. Trzeba było tylko pozbierać ekwipunek, żarcie i ruszać. Im szybciej uda się oddalić tym trudniej będzie komukolwiek ich wytropić. Niektórzy ekwipowanie potraktowali dosłownie i wreszcie mogli oddać się temu, co zawsze siedziało w nich. Ściąganie pierścionków z martwych palców, czasami siłą, gdy nie chciały zejść. Zrywanie łańcuszków z szyi by wziąć medalion i przeglądanie sakiewek w poszukiwaniu czegoś cennego. Hans patrzył z niesmakiem na to, co robi mag i kapłan. Thorek ciągle trzymał swój młot w rękach i nie myślał o takich rzeczach. Dla niego młot był najważniejszy a jego zmiana wewnętrzna i zewnętrzna niepokoiła tak samo jak niedawna bitwa i względna łatwość w pokonywaniu nawet najgroźniejszych przeciwników.
- To sprawdźmy jeszcze co takiego trzymał nasz drogi mag u siebie pod łóżkiem – mruknął pod nosem Jean Paul i poszedł do pokoju, gdzie dało się wyczuć bardzo silną magię fioletu i czerni. Pokój był dość skromnie urządzony i nie było w nim wiele rzeczy. Plecak z kocem, pajda chleba oraz porcja suszonej koniny. Do tego kilka mieszków z ingrediencjami oraz pergamin z pieczęciami kolegium. I oczywiście szkatuła z czarnego drewna zamknięta na kluczyk. To ona była źródłem magii i najwyraźniej nie osłabło ono, choć właściciel szkatuły już nie żył. Magiczne pieczęcie na zamku nie pozostawiały wątpliwości, że jest tu coś ważnego zamknięte. Villeas mówił, że wraca z Kislevu, gdzie miał ważną misję do wypełnienia – sprowadzenie prochów nekromanty. Próbować otworzyć ją raczej nikt nie chciał, ale dlaczego musiano ją transportować do siedziby gildii? Magowi nie dawało to spokoju. Możliwe, że w piśmie napisano coś odnośnie szkatuły. Wystarczyło tylko złamać pieczęcie…
Szkatułka

„Mistrzu
Wreszcie Marbek, który tyle krwi nam napsuł i zbiegł do Kisleva został ujęty. Dzięki naszym staraniom został osaczony, zabity i spalony a jego dusza związana z prochami i gotowa do osadzenia w waszych murach. Utrzymanie duszy tak potężnego nekromanty nie jest łatwe, dlatego trzeba o świcie odnowić czar pętający, który jest znany osobie, która dostarczy ci te prochy. Jeśli czar nie zostanie odnowiony to dusza Marbeka uleci i zagnieździ się w najbliższym martwym lub żywym ciele. Nie można do tego dopuścić. Choć taki transport jest trudny to jednak inaczej się nie da tego zrobić. Morr już czeka na jego duszę i jeśli tylko prześlizgnie się pomiędzy jego palcami to będzie nadal bardzo groźny i niebezpieczny. Tuszę, że masz się dobrze i zdrowie cię nie opuszcza. Zaklęcie pętające powstrzymuje Marbeka i będzie to robić aż do końca świata. Tego zaklęcia nie przełamie chyba, że się wyzwoli. Jeśli by to uczynił to niech Ulryk ma nas wtedy w swej opiece.
Mam nadzieję, że rychło się spotkamy i omówimy szczegóły naszego połączenia.
Pozostaję z poważaniem
Mistrz Jakov

Ta szkatułka i ten list oznaczał problem. I to naprawdę duży. Coś z tym trzeba było zrobić i jedyne co, to odpowiednio zutylizować szkatułkę. A to można było przeprowadzić tylko w miejscu, gdzie jest bardzo dużo magii. Chociażby w kręgu. Strażnicy drogowi wspomnieli, że jeden krąg jest za rzeką. Nikt tam nie zagląda, ale kilka kamieni stoi. Tam nic nie ma poza ugorami, chaszczami i kilkoma drzewami. Dla maga i jego kompanów to wystarczyło. Zebrali swoje rzeczy, zapas żarcia na tydzień, kilka dewocjonaliów z trupów i przepłynęli łódką na drugą stronę Talabeku. Pozostałym przy życiu nakazali płynąć do Talabheimu i opowiedzieć o tym, co tu się zdarzyło. Sami zaś ruszyli w stronę kręgu.
KrągCiemność znaczyła gwiazdami drogę. Do świtu pozostawało nadal sporo czasu ale nadal nie było pomysłu co zrobić. Wstępne przyjrzenie się kręgowi ujawniło wielce interesujący zbieg okoliczności. Nieopodal samego kręgu głazów stało drzewo. Odlane całe z brązu czy innego stopu pokryło się już patyną ale nadal przypominało uschnięte drzewo. Bardzo podobne do tego, które spoczywało w plecaku Rainera. Lekka magia spowijała okolicę i dla Jeana Paula było to potwierdzenie, że krąg nadal może być aktywny. Kilka chwil skupienia oraz przemyśleń dało znacznie więcej odpowiedzi. Otóż stał przed nimi krąg teleportacyjny. Gdzie przenosi to nie było wiadomo, ale od razu dla każdego stało się jasne, że to jedyna i niemal niepowtarzalna szansa na ucieczkę przed wampirami. Kilka faktów z przeczytanych ksiąg w Kolegium przydało się i choć jeszcze było ciemno krąg zabłysł słabym niebieskim światłem. Po drugiej stronie było widać odbite jak w tafli jeziora podobne otoczenie. Jednak jego umiejscowienie pozostało nieznane. Wszyscy popatrzyli na siebie w milczeniu. Potem pomędrkowali trochę, ale wszyscy wiedzieli, co trzeba zrobić. Pierwszy wszedł krasnolud, potem Hans a za nim Rainer i Jean Paul. Brama się zamknęła. Do świtu zostało jeszcze kilka godzin. Nic nie zapowiadało nadchodzącej burzy.

Comments

i juz stallem sie hiena cmentarna :D przeciez tylko przymknolem oko na to co robil mag :))))) no nic niech bedzie zrobilem to dla wiedzy :P trzeba bylo zebrac dowody ;)

 

e tam. to było co innego. zabrałem wybiórczo to co było widoczne 7 zmysłem. I to nie koniecznie było złoto czy złote pierścienie lub medaliony. To mogły być stare skórzane buty, sztylet, płaszcz, szkatułka czy zwykły kamień. Kto powiedział że przedmioty magiczne to złoto i tylko złoto ;) ?

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.