Tysiące Tronów

Utterhorch, 33 pflugzeit 2524 od koronacji Sigmara

LasZielona ściana lasu przesuwała się monotonnie wokół skrywając wszystko to, co czaiło się za kolejnymi pniami drzew. Niedawna rozmowa z tajemniczym osobnikiem opowiadającym o wampirach i ich planach napełniła serca wszystkich strachem. Strachem przed śmiercią czającą się pośród drzew i gotową skoczyć do gardła. Carsteinowie to zupełnie inny rodzaj wampirów i będzie to równie ciężka przeprawa jak z Nekrarchami. Mieli przed sobą dzień lub dwa spokoju, ale to nie dawało komfortu swobodnej podróży. Należało odejść jak najdalej od miejsca niedawnej jatki i ruszyć na południe.
Drogę obrano prosto i bez specjalnych trudności. Z map widzianych jeszcze w Altdorfie i tego, co udało się usłyszeć po drodze, to idąc na południe uda się dotrzeć do Talabeku. Zajmie to pewnie z tydzień, ale dzięki temu uda się dotrzeć do miejsca, gdzie będzie można wziąć dyliżans albo prom by ruszyć na wschód, do Zavstry. To jedyna szybka droga by tam się dostać. Pchanie się wprost na wschód, przez las, niosło ze sobą niebezpieczeństwo napotkania innych wampirów, maruderów Chaosu plądrujących te lasy lub innych im podobnych. Za dużo mogłoby być w tym przypadku i niewiadomej niż rzeczywistego zysku w postaci ucieczki przed wampirami. Przedmioty, choć nadal milczące i spokojnie leżące w dłoni lub w sakwie, to potencjalny wyrok śmierci. Jednak wszyscy przyjęli, że będą w stanie je opanować i ich używanie będzie ograniczone do niezbędnego minimum.
Zmęczeni, poranieni i zmizerowani szli ścieżką na południe przez lasy południowego Ostlandu zostawiając za sobą villę Hanh oraz ruiny Wolfenburga, do którego nigdy nie dotarli. Hans przepatrywał drogę przed grupą. Zmęczenie dawało o sobie znać, ale trzymał się. Od czasu do czasu zapolował na coś małego by można było coś zjeść. Nie zapowiadało się by w tym miejscu można było natknąć się na jakąś osadę a jeść trzeba. Wkrótce też zając dyndał przy pasie i niósł zapowiedź ciepłego posiłku. Byleby przed nocą, bo ognisk w nocy nie zamierzali rozpalać. Reszta grupy starała się iść przed siebie i nie hałasować za bardzo. Udawało się to tak, jak tylko to potrafiono robić. Jeśli miałyby przyjść wampiry, to hałas byłby ich najmniejszym zmartwieniem. Bardziej obawiano się hałasu, jaki czynią wampiry a jest to ryk burzy i wycie wilków.

Pierwszy wieczór był nerwowy. Ustanowiono warty, nie rozpalano ogniska i z niepokojem wpatrywano Las nocąsię w ścianę lasu. Nic nie nadchodziło, ale nie było to pocieszeniem. Tropów wilczych też nie było co dawało złudną nadzieję na brak złych w okolicy. Noc mijała. Gwiazdy na niebie przesuwały się wraz z Mannsliebem znikając za horyzontem. Nocne życie nie wskazywało na obecność kogoś nienaturalnego i świt, który nadszedł, każdy przyjął z radością i nadzieją. A potem znów noga za nogą na południe. Byle dalej od siedliska zła i ostatnich tropów związanych z walką z potężnymi nieumarłymi.
- A co będzie jak nas dopadną? – Zaczął mag przekraczając niewielki pieniek leżący w poprzek drogi.
- Będziemy się bronić – odparł Rainer.
- I znów użyjemy przedmiotów. A przecież o tym wspominał ten potężny wampir – Jean Paul strząsnął małego pająka z kołnierza kurtki.
- Trudno – wzruszył ramionami kapłan. – A czym chcesz walczyć? Thorek ma młot i niczego więcej. Ja mogę walczyć srebrnym mieczem, ale nie będzie dobry na wszystko. Hans ma łuk i nie musi korzystać z przedmiotów. Ty masz lagę i daje ona bardzo dużą przewagę nad nimi. Tylko te przedmioty dają szansę przeżycia.
- No właśnie. W tym jest jakiś drwiący śmiech losu – przedmioty, które zapewnią nam przeżycie są jednocześnie naszym wyrokiem.
- Nie narzekaj magu – Rainer zatrzymał się na chwilę. – Verena nam sprzyja i nie pozwoli złemu na dopadnięcie nas.
- Twoja wiara Rainerze jest zaiste wielka – mag drwiąco podniósł brwi. – Mam nadzieję, że będzie większa i dłuższa niż wilcze kły.
- Nie martw się magu. Kto sprzyja bogini, temu sprzyja jej łaska. Jeśli to zaakceptujesz, to będziesz bezpieczny.
- Jeszcze zobaczymy Rainerze, zobaczymy.
I znów ruszyli przez las. Wyjście na trakt przywitano z ulgą i pewną obawą. Stara droga, wyraźnie kiedyś uczęszczana i szeroka na dwa wozy, ciągnęła się z zachodu na wschód. Nie było na niej niczego i nikogo w najbliżej okolicy. Poza małym punktem na niej, który przesuwał się powoli w ich stronę. Najwyraźniej był to wóz, choć z tej odległości trudno było stwierdzić to dokładnie. Nadarzała się okazja do podróżowania i zdobycia garści informacji. Hans nie zamierzał z niej Phileasrezygnować, choć reszta nie chciała się specjalnie ujawniać. Ostatnie dni pokazały, że nie wiadomo, komu zaufać i kogo można spotkać po drodze.
Czarny, wysoki i zakryty powóz prowadzony był przez ubranego na czarno łowcę czarownic. Nie było wątpliwości kim jest nie tylko po stroju, ale również po zaciętej minie i bliźnie na prawym policzku oraz bogatym zestawie kajdan, magicznych symboli wokół wozu, kilku mniejszym urządzeniom przeznaczonych do tortur przyczepionych do burt i czterem pomagierom o byczych karkach. Zatrzymał wóz na wysokości stojącej gromadki, która niespecjalnie ucieszyła się z takiego spotkania. Rainer zauważył, że jego miecz zaczyna się świecić na niebiesko. To widomy znak, że działa w pobliżu jakaś magia związana z iluzją. A co jeśli…
- Witaj – Hans z oczywistych względów z ciekawością patrzył na mężczyznę i wszystko, co było w jego posiadaniu.
- Witaj – chropawy głos nieznajomego również nie pozostawiał złudzeń, co do jego mrocznej profesji.
- Jestem Hans a to moi towarzysze. Droga nam wypada do Zavstry. Nie wiesz może czy to jeszcze daleko?
- Do Zavstry powiadasz? To kawał drogi stąd. Co najmniej dwa tygodnie podróży.
- Daleko, cholera. A tą drogą przynajmniej dojdziemy gdzieś do cywilizacji?
- Będzie ciężko, bo im dalej na wschód tym gorzej. Tutaj przeszła nawała Chaosu i niewiele zostało po jej przejściu. Kilka dni drogi stąd jest miasteczko, ale trzeba zejść z traktu, bo ono leży na drodze prowadzącej na południe, do Talabeku. Tędy omija się je i kieruje wzdłuż granicy z Kislevem – spokojny głos łowcy nie zdradzał żadnych emocji. –Jestem Phineas Vanderhoff – dodał i z zaciekawieniem przyglądał się reszcie towarzystwa.
- Musimy dostać się do Zavstry i nie ukrywam, że im szybciej tym lepiej. Czy można zabrać się z Tobą? Będziemy obok, zawsze to raźniej w większej grupie.
Rainer z magiem nie byli zadowoleni. Świecenie miecza świadczyło o magii, więc nie wiadomo, gdzie ta iluzja siedzi. Do tego ciągła aktywność przedmiotu magicznego będzie jak latarnia dla wampirów. Jean Paul widział kręcące się wokół wozu i postaci łowcy różne wiatry magii – od czarnych po niebieskie i zielone. Wszystko było nasycone magią i możliwe, że wnętrze wozu, zabezpieczone ciężkimi, drewnianymi drzwiami, może skrywać swoją mroczną niespodziankę.
- Trakt jest szeroki i każdy może nim podróżować. Póki nie będziecie przeszkadzać, to jedźcie przy nas…
- Panie, jeden z nas będzie jechał na końcu by patrzeć czy ktoś za nami nie jedzie – mag mówił to patrząc na Rainera. Tylko tak można było zapobiec aktywowaniu przedmiotu.
- A spodziewacie się kogoś? Ściga was ktoś? – ciekawość łowcy była zapewne zawodowa.
- W tych okolicach… – zaczął Hans, ale zerkał na mądrzejszych od siebie.
- Panie, będziemy szczerzy… – powiedział Jean Paul, który wiedział, że nie ma co kluczyć, bo łowca na pewno miał sposoby by dowiedzieć się prawy. A jeśli wszystko pójdzie nie tak, to pewnie sam się spotka z wampirami. – Mieliśmy starcie z wampirami i możliwe, że podążają naszym tropem.
Zapadła cisza. Łowca cmoknął cicho i potarł bliznę na policzku. Spojrzał na każdego uważnie. Ścisnął mocnej wodze, którymi kierował dwójką koni.
- Wampiry to niebezpieczni przeciwnicy. Widocznie Sigmar i cała reszta bogów ma was pod swoją opieką skoro jeszcze żyjecie. Skoro macie na karku wampiry, to może uda się im uciec. Trochę pechowo się składa, bo mam pełny wóz i lepiej żeby jego ładunek nie trafił w ich łapy. To komplikuje naszą wspólną podróż.
Z grupy nikt nie odpowiadał. Liczyła się każda chwila i łowca musiał rozważyć wszystkie za i przeciw.
- Lepiej, jeśli nie będziemy podróżować razem. Podprowadzę was do odbicia na południe, do miasteczka. Najbliższą noc spędzimy w jednym obozie, ale rano nasze drogi się rozejdą. Na taki Demon w ludzkiej skórzeukład mogę pójść.
- Dziękujemy panie – Jean Paul ukłonił się. – To dla nas wiele, bo może wampiry nie zaatakują widząc, że jest nas więcej. W końcu nie są takie głupie.
- Nie są. Jednak mają swoje słabości i te słabości czasami przyćmiewają ich zdrowy rozsądek. Jeśli macie coś, na czym im zależy, to mogą nie odpuścić.
- Zabiliśmy już trzech z nich… – Rainer spojrzał z dumą na łowcę.
- To nie odpuszczą – łowca wytrzymał spojrzenie. Jakby nie takie rzeczy widział i doświadczał. – Zabierajmy się. Im dalej odejdziemy tym lepiej.
Kapłan został z tyłu, by miecz nie świecił a potem ruszył za grupką na wschód, po imperialnym trakcie.
Wieczór wypadł w zatoczce zrobionej na potrzeby karawan przemierzających dość często te okolice. Posiłek, warty oraz przygotowanie terenu stało się nieodzowne. Podczas tej całej krzątaniny magowi nie dało spokoju to, co powiedział łowca o ładunku.
- Panie, jeśli to nie tajemnica, to można wiedzieć, co wieziesz?
- Można. W końcu jestem łowcą i skoro mam pełen wóz to znaczy, że mam kogoś, kto został złapany. To bardzo niebezpieczny człowiek. I musi być w zamknięciu.
- To stąd ta cała magia wokół. Czy to … coś nadnaturalnego?
- Można tak powiedzieć. Kiedyś była to kapłanka Shally, ale teraz jest tylko naczyniem wypełnionym przez demona plugastwa. Zalazła bardzo za skórę ludziom z Zavstry i zlecili mi złapanie jej. Uciekła z miasta i zdążyła daleko zajść. Dopadłem ją dopiero pod Drunhill, na zachód stąd jakieś pięć dni drogi. Znów zaczynała siać zamęt – głos łowcy nie zmienił się specjalnie jak opisywał sposób jej złapania. Chłodny profesjonalizm zabijał spontaniczność, ale przynajmniej zapewniał przeżycie.
- Czy będzie można ją zobaczyć? Skoro ta istota jest taka niebezpieczna to może będę mógł coś poradzić. Sam jestem magiem i znam się trochę na opętaniach i demonach.
- Demon jest bezpiecznie zamknięty i tylko naruszenie wozu może go uwolnić. Dlatego jest tak ważne, by nie spotkać wampirów. Jeśli demon wpadłby w ich ręce…
- Nie ufamy nikomu po drodze i podejrzewamy wszędzie ludzi, którzy służą wampirom. Nie obraź się panie za ten brak zaufania, ale takie są czasy.
Łowca pokiwał tylko głową na znak, że rozumie.
- Dobrze – odpadł – możesz spojrzeć. Strzeż się jednak. To nie jest ani łatwe ani proste.
Drzwi wozu były zamknięte na kłódkę. Po ich otwarciu widać było drugie drzwi, które miały zamek. Od magii było aż gęsto i gdy drzwi uchyliły na tyle, by można było spojrzeć, buchnęło stamtąd czernią tak przenikliwą, że aż przenikała do szpiku kości. Jean Paul zauważył w rogu klitki, w dodatkowej, stalowej klatce, młode dziewczę w podartej szacie, która kiedyś była szara. Oczywiście szata sióstr miłosierdzia. Siedziała z podkulonymi nogami i niewinną miną. Twarz miała usmarowana brudem a włosy zwinięte były w strąki. Aż trudno było uwierzyć, że ta niewinna dziewczyna była sprawcą tylu nieszczęść, o jakich wspomina łowca. Gdyby nie buchająca od niej czerń, to magowi byłoby jej żal. Demony jednak mogą przybierać różne postaci i różne przebrania. Są podstępne i łatwo wykorzystują ludzkie słabości. Dlatego już po chwili mag nakazał zamknięcie wozu. Miał dość.
Wieczór przeszedł płynnie w noc i póki co nic nie wskazywało by w pobliżu były wampiry. Czyżby druga noc upłynęła spokojnie?
Wycie wilka na jednej z wart szybko zweryfikowało wszelkie poglądy na temat spokoju. Wilki, w różnych miejscach lasu, nawoływały się wyciem. Było ich kilka i najwyraźniej otaczały obóz. Łowca w walceSzelesty w lesie stały się stukami a każdy oddech świstem strzał. Przeciwnicy podchodzili i teraz nie było drzew, które by mogły ich spowolnić. Wreszcie…z lasu wychynęło kilku ludzi i ruszyło na podróżników. W ich oczach było czyste szaleństwo i nie można powiedzieć by byli oni nieumarli. Rozgorzała walka, w której świszczały strzały a ostrza mieczy raz za razem barwiły się krwawo. Pojawiły się też wampiry, które szarżą próbowały zmiękczyć siły obrońców. Kilka takich rajdów mogłoby się źle skończyć dla Thoreka, ale na szczęście łowca wziął na siebie część ataków a Hans skutecznie raził wszystkich z łuku siedząc na dachu powozu. Skończyło się na rozharatanej nodze, ale mogło być gorzej. Rozrzucone wokół światła dawały widoczność akurat na tyle by na parę metrów wokół dostrzec sylwetkę i strzelić. Ci, co walczyli wręcz, nie mieli takich problemów. Wrogów nie brakowało a do początkowej grupy dołączyły rychło wilki i kolejni ludzie. Skończyły się przelewki.
Czary maga raz za razem uderzały w grupy wroga raniąc i oślepiając. Wampirom dostawało się wcale nie mało i wreszcie jeden z nich salwował się ucieczką z pola walki. Jeszcze jeden, pokiereszowany sztychami i strzałami zamienił się w mgłę i uleciał w ciemność nocy. Ostatni jeszcze chwilę walczył, ale widząc, że nie da rady nic wskórać. Również szykował się do odwrotu.
Atak CarsteinówNiewiele brakowało by coś, co siedziało w środku powozu wydostało się, ale najwyraźniej impuls z zewnątrz był za słaby i walenie od środka w ściany i dach powozu ustało jak tylko wampiry ostatecznie się oddaliły. Wilki wróciły do swoich mateczników i tylko stratowana ziemia i trupy w trawie świadczyły o niedawno odbytej walce. Wszyscy stali i ciężko oddychali odpoczywając ile tylko się da. Znów los się uśmiechnął i pozwolił przeżyć kolejną noc. Jednak wszyscy wiedzieli, że teraz będzie ciężej. I to nie dlatego, że przeciwnik będzie silniejszy, ale dlatego że oni są słabsi. A do tego każdy kolejny atak nie będzie już tak przygotowywany i skrupulatnie mierzony. Ta świadomość nieuchronnego siedziała w tyle głowy Hansa i kazała powiedzieć:
- Kolejna taka walka i nie przeżyjemy.
- Widziałeś, kolejne wampiry pokonane. Nie udało się zabić, ale tarcza się przydała – Rainer nie ukrywał podekscytowania.
- I to mnie martwi – mag przewiązał się w pasie szerokim pasem, który zapinał się na dziurkę bliżej końca. Brak dobrego jedzenia i ponad tydzień w drodze robią swoje.
- Teraz zastanowią się dwa razy zanim zaatakują. Zobaczycie
- Rainerze, i to jest właśnie smutne. Bo następni już nie popełnią takich błędów. Każdy następny atak będzie może nie silniejszy, ale przeprowadzony w najmniej dogodnym dla nas miejscu i czasie. Teraz mieliśmy wsparcie i czas na przygotowanie się. Co będzie jutro? Tego nawet sam Sigmar nie wie – Hans ściągnął cięciwę z łuku i zwinął ją w równy kłębek. – I jeszcze przedmioty. O ile nas nie wywęszyli dokładnie, to teraz daliśmy im solidny namiar na nas.
- Odejdźmy stąd i przeczekajmy do rana z dala od tego miejsca – głos łowcy wdarł się między nich jak lis do kurnika. – Im szybciej tym lepiej.
Droga do miasteczkaDla drużyny nie trzeba było tego powtarzać. Szybko się zebrano i ruszono wzdłuż drogi. Akurat tyle by stracić z oczu i nosa tamto miejsce i na tyle blisko, że można było jeszcze uratować co nieco z nocy. Szybko ustalono resztę wart i położono się spać. Krasnolud wlał w siebie resztki gorzałki by przetrzymać ból promieniujący z nogi. Nie mógł na nią stawać pełnym ciężarem i bliskość miasteczka wyjątkowo tym razem kwitował pomrukiem zadowolenia. Beknął potężnie płosząc lelki i rozsiewając setki ech wokół. Można było odetchnąć.
Ranek upłynął na spakowaniu obozu i pożegnaniu się z łowcą. Ruszał na wschód i wskazał drużynie ścieżkę na południe, którą dotrą do traktu do miasteczka Utterhorch. Nie był tam nigdy, ale niektórzy wspominali, że można tam uzupełnić zapasy, mają też kowala i można odpocząć. Akurat tego potrzebował każdy z uciekinierów, choć odpoczynek przy wampirzym pościgu to luksus, na którego, póki co, nie było ich stać. Ale leczenie wchodziło w grę. Pożegnano Phineasa a jego skrzypiący lekko wóz zginął za zakrętem. Z kuśtykającym krasnoludem dopiero popołudniem udało dojść się do miasteczka, które choć naznaczone piętnem wojny kusząco prezentowało się pośród lasu i ugorów.

Comments

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.