Tysiące Tronów

Stanica "Pływak", brzeg Talabeku, 5 sigmarzeit 2524 od koronacji Sigmara

Walka- Coś kombinują – Rainer krzyknął do Hansa. Przeciwnicy rozsypali się szeroką ławą. Teraz już nie nadchodzili z jednego kierunku i nie dało się na to przygotować. Drużyna miała za sobą ciężką drogę z miasteczka i chciała jak najszybciej dostać się do Talabeku. Tam była szansa na ucieczkę wampirom. Jednak do tego czasu czekały ich długie dni drogi i w połowie stało się to, czego się obawiali. Zagrzmiała burza, zawyły wilki i znów pojawiły się wampiry. Teraz już nie popełnili tego samego błędu i nie uderzyli z jednej strony. A z grupą nie było łowcy. Szanse w walce znów zdawał się rozdawać los i Ulryk pospołu. Mimo to niech nie liczą na łatwy łup.
SzlaczekSprawiedliwość Vereny
- Pijesz?
- No nie wiem. Przecież nie istnieje coś takiego. Ten kupiec musiał coś ściemniać.
- Ja z książki i bicza jestem zadowolony i z tego, co widzę, a widzę dużo, to jest warte były swojej ceny. Może i to wino też jest w jakiś sposób cenne. W końcu dla ciebie kontakt z boginią musi być bardzo cenny – mag nawet nie podniósł głowy znad księgi.
- Jest, ale poprzez modlitwę i czyny nie jakieś wino. To dobre dla Thoreka ale nie dla mnie – Rainer nie był przekonany choć pokusa wypicia wina była ogromna.
- Ja się napiję, ale niech najpierw ktoś spróbuje. Nie chcę spotkać tam kogoś, kogo już zabiłem – zaśmiał się krasnolud i pociągnął z bukłaka. To już resztki napitku i koniecznie trzeba gdzieś zrobić zapasy. Noga boli jakby banda trolli pastwiła się nad nią całą noc, ale chyba się goi. W końcu babka zielarka tak długo żuła coś w bezzębnych dziąsłach, że chyba wszystkie soki wycisnęła z lekarstwa. Oby zadziałało, bo długo tak nie da się iść.
- Dobrze. Napiję się, ale gdyby coś mi się działo, jakieś skrzydła wyrosły czy coś, to macie się tym zająć szybko i skutecznie, dobrze? – Rainer postanowił jednak zaryzykować. Może bogini poradzi coś na to, co się dzieje. Odpowiedzi należy szukać tam, gdzie jest największa wiedza. A Verena nie ma sobie równych, jeśli chodzi o wiedzę i mądrość.
Hans pokiwał głową. Położył sobie na nogach łuk i czekał. Reszta również przygotowała się i patrzyła jak kapłan przechyla butelkę i upija jeden łyk. Odstawił butelkę i wzruszył ramionami bezgłośnie okazując zdziwienie, że nic się nie dzieje. A potem upadł na plecy z oczami szeroko otwartymi wpatrującymi się w nocne niebo.
Rainer tymczasem zobaczył, że wszyscy zamarli jakby zasnęli tam, gdzie siedzieli. Nie ruszali się. Podobnie jak ogień, którego płomienie wisiały w powietrzu jak zastygłe czerwone ptaki. Wtedy zorientował się, że chyba wino zadziałało. Sprzedawca mówił, że po drugiej stronie można spotkać to, czego się najbardziej pragnie lub wierzy. Coś, wokół czego są splątanie myśli człowieka i co jest dla niego ważne. Dla Rainera liczyła się Verena i nie zamierzał… Lekki szelest za plecami odwrócił myśli kapłana. Sam też obrócił się i zobaczył ją. Kobietę o pełnych kształtach w szacie kapłanek Vereny. Blond włosy spięte były białą opaską, która zakrywała oczy. Jednak mimo to pewnie kroczyła przez las a potem polanę by dołączyć do niego. Najwyraźniej oczy nie były jej do tego potrzebne. Rainer patrzył jak urzeczony na to zjawiskowe pojawienie się. Jednak uśmiech na twarzy bogini zmył wszelką wątpliwość i niepewność. Przyklęknął na jedno kolano i pochylił głowę na znak szacunku.
- Pani… – zaczął, ale nie śmiał podnieść głowy.
Verena- Wstań Rainerze, proszę – delikatny, ale stanowczy głos musiał należeć do kogoś wyjątkowego. – Chciałam ci podziękować za to, co do tej pory zrobiłeś. Nie było to może uczynione w sposób idealny, ale każdy z was się stara i robi to, do czego jest stworzony. Dałam ci mądrość byś kierował się w życiu we właściwą stronę i siłę byś utrzymał ten kierunek. Masz jednak temperament i on czasami daje o sobie znać, czyż nie?
- Wiem pani. Jednak walka jest słuszna, jeśli ma chronić innych.
- Za każdą cenę? – pytanie pięknej kobiety brzmiało tak niewinnie, że aż ociekało słodyczą.
- Tak, za wszelką – Rainer był przekonany a pewność w jego głosie była niepodważalna.
- I dlatego jeszcze musisz nad sobą pracować Rainerze – pogłaskała go po głowie i było w tym tyle ciepła i zrozumienia, że chłopakowi aż zaszkliły się oczy.
- Dziękuję pani. Staram się i…
- Widzę to. Doceniam. A teraz masz na swojej drodze przeznaczenie. Wiesz jak wybrać?
- Nie wiem. Dlatego chciałem spróbować tego spotkania. Nie wiedziałem, czy tak można.
- Jest to rodzaj modlitwy, ale i dla mnie stanowi nowość. Kilka razy już tak rozmawiałam z moimi braćmi i siostrami, ale przyznam, że dawno to było. Cieszy mnie, że ta droga nie uległa zapomnieniu. Wierzę, że nie jest specjalnie uciążliwa dla Ciebie?
- Nie pani, nie jest – Rainer podniósł głowę. Dostrzegł piękną twarz kobiety zwróconą w swoją stronę. Oczy oczywiście były skryte za białą, lnianą opaską, ale nie wątpił, że patrzą wprost na niego. – Ja i moi towarzysze jesteśmy w ogromnych tarapatach. Mamy ze sobą coś, co jest naszą zgubą, ale nie możemy tego nikomu oddać ani nie wiemy, co z tym zrobić.
- Czyż to nie jest wyzwanie dla mojego wyznawcy? – ręką nakazał powstanie. Chłopak wstał na nogi i zrównał się wzrostem z boginią.
- Jest. Poznanie historii i przeznaczenia jest kluczem do zdecydowania o tym, co dalej.
- Dokładnie. Czy uważasz, że teraz masz wszelką, niezbędną wiedzę by móc zdecydować, co dalej?
- Nie.
- I to jest właśnie twoje przeznaczenie. Pamiętasz, że zaczęło już dawno temu. Góry, mroźne szczyty. Kto wie, czy to nie było już zaplanowane dawno temu.
- Pani, możesz mi powiedzieć, czy tak rzeczywiście jest?
- Przeznaczenie kieruje ludzkimi drogami. My bogowie, musimy również się nimi przechadzać i chyba nikt nie wie, dokąd prowadzą. Czasami przecinają się i możemy porozmawiać, jak teraz. Ale przez większą część wędrówki jest się samotnym. Nie mogę ci powiedzieć, co wybierzesz i czy wybierzesz dobrze. Ufam, że tak będzie i będzie to wybór zgodny z tym, co czujesz i rozumiesz. Mogę pomóc ci w tym, ale nie dokonam tego za ciebie.
- Rozumiem – Rainer zwiesił głowę. – Jak z tym błogosławieństwem. Mogłem je wykorzystać na wiele sposobów, ale do mnie należał wybór drogi.
Bogini uśmiechnęła się i lekko skinęła głową.
- Dałam ci to, co jest najcenniejsze, czyli mądrość i siłę. Teraz uczyń z nich należyty uczynek. Cokolwiek uczynisz robisz to w moje imię i jeśli już się zdarzy będzie osądzone. Ale wcześniej jest tylko wolna wola i twój wybór. Rozumiesz?
- Tak pani. Rozumiem.
- To wracaj do siebie. Masz moje błogosławieństwo, które pewnie przyda się w najbliższym czasie. Czyń to, co bym ja uczyniła – kapłan mógłby przysiąc, że gdyby spojrzał teraz w jej oczy, to dostrzegłby w nich figlarne ogniki. Ukląkł i poczuł ciepło ręki na głowie. Potem podniósł głowę i świat zawirował mu przed oczami. Dostrzegł twarze swoich towarzyszy, które z troską patrzyły na niego. Zapach lasu i ogniska uderzył w nozdrza. Również ból od ran i smród od Thoreka. Był u siebie. Ale wspomnienie dotyku bogini nadal unosiło się w powietrzu.
Szlaczek
- Niedoczekanie skurwysynów. Ja im zaraz pokażę! – krzyknął krasnolud i mocniej ścisnął młot w ręku.
Gotowy do walki- Nie, Thorek. Nie walcz młotem! – Hans również krzyknął, ale w ogólnym rwetesie były marne szanse by krasnolud to usłyszał. A jeśli nawet, to był on tak zdeterminowany, że nic by nie zmieniło jego nastawienia. Młot go wyraźnie odmienił. Mroźna głownia, buchająca zimnem, stawała się każdego dnia coraz bardziej lodowata. Każda zabita osoba zostawała wchłonięta przez obuch, który wsysał jestestwa jak wir na rzece suche liście. To przerażało i prowadziło do czegoś, czego nikt się nie spodziewał. Dlatego…
- Macie skurwysywy!!!!! – młot wyleciał w powietrze i zaczynał nabierać prędkości. Pierwsza czaszka, jaką dotknął, rozpękła się z ohydnym mlaśnięciem a szara mgiełka została wciągnięta w stylisko młota. Kontynuował on swój lot w stronę wampira a Thorek zanosił się histerycznym śmiechem z szaleństwem w oczach.
Szlaczek
- Teraz ja! – Thorek chwycił szyjkę butelki i wypił jednego łyka.
- Thorek, ja bym na twoim miejscu nie próbował. Przecież ty kiedyś… – reszty już krasnolud nie dosłyszał, bo zwalił się na ziemię z błyszczącymi oczami nadal ściskając w sękatych dłoniach stylisko topora.
Choć tak naprawdę to nie wiedział, co też miałoby się stać. Wszyscy zamarli i zastygli jak w pijackim widzie. Poruszał się normalnie, mówił normalnie i wszystko wydawało się normalne. No, prawie wszystko. Nie czuł zapachu tego zielska wokół, ale tym się nie przejmował. Nie lubił lasu z wzajemnością. Im dalej od niego tym lepiej. Rozejrzał się wokół i poczuł drżenie gruntu. Jakby coś się zbliżało. Szybko. Biegło. Odwrócił się w tym kierunku. Dostrzegł, jak drzewa rozstępują się przed kimś, kto przedzierał się przez nie. Dość brutalnie i bez przejmowania się, że ma przed sobą stuletnie pniaki. To nie rob… Z lasu wypadł krasnolud wielkości największego z gigantów i łapą sięgnął Thoreka. Osłupiały mógł tylko patrzeć jak paluchy zaciskają się na jego ciele i wyciskają ostatni oddech. Potem świat zawirował a on sam pomknął w stronę najbliższych drzew. Uderzył w kilka pni, coś tam gruchnęło aż wreszcie pęd osłabł na tyle, że zatrzymał się na pniu sosny i zjechał w dół. Nie zdążył odetchnąć, gdy znów znalazł się w powietrzu trzymany w stalowym uścisku olbrzymiego krasnoluda.
Grimnir- Grimnir… -wystękał Thorek a z ust poza słowami popłynęła krew. Kilka zębów wypadło na ziemię ale to był najmniejszy z jego problemów.
- Przypomniałeś sobie kim jestem śmieciu, co?!! – stalowy uścisk wzmógł się.
- Ja…
- Ścierwo… – olbrzymia, krasnoludzka twarz wysyczała tuż przed nosem Thoreka. Nieświeży oddech i zapowiedź śmierci była dojmująca.
- Ja…
- Powiedz, że chcesz zapłacić za swoje czyny… – czerwone oczy wpatrywały się z uwagą w twarz krasnoluda i nie zamierzały odpuścić.
- Ja…
- Powiedz, że pomny na swoich braci i siostry zapłacisz za wszystko, co zrobiłeś…
- Ja…
- Powiedz, że zrobisz wszystko by zadośćuczynić złu przeciwko swoim ziomkom a księga żalu nie zostanie pusta…
- Ja…
- POWIEDZ!!!!!!
- Tak…
- POWIEDZ!!!!!
- TAK!!!!!!
Olbrzymia łapa Grimnira postawiła Thoreka na ziemi. Od razu upadł, ale podniósł się. Choć szczęka bolała a kręgosłup łupał promieniującym bólem to wstał. Nie mógł okazać słabości wobec boga walki. Raz już ją okazał i znalazł się tutaj. Teraz nie zamierza zawieść.
- Co mam robić? – spytał patrząc na potężną sylwetkę bóstwa.
- A co każe ci krasnoludzie sumienie i powinność? – zagrzmiała postać patrząc na gwiazdy.
- Chronić własny klan i moich ziomków.
Walka
- To uczyń to. Skoro młot należy do naszych wrogów, zatem może nieść nam śmierć. Skoro może nieść śmierć nam to znaczy, że nikt nie jest bezpieczny.
Thorek kiwnął głową. Zimna głowica młota spoczywała przy ognisku i nawet teraz widział otaczającą ją mroźną mgiełkę.
- Zrobię to. Doprowadzę do zniszczenia tego czegoś lub takiej ochrony, by nikt tego nie mógł wykorzystać. Tak postanawiam. Słyszysz? – ostatnie pytanie buńczucznie wypowiedział patrząc w oczy Grimnirowi.
- I to lubię. Nas Khazadów nie da się złamać. Można nas pobić lub zabić, ale nigdy pokonać. Nikt tego nie zrozumie, jeśli nie jest jednym z nas. Nikt. Czyń swoją powinność bracie. I lepiej, żebyś następnym razem przyszedł do mnie i miał dobre nowiny. Inaczej to będzie nasze ostatnie spotkanie.
Po czym ruszył w las a Thorek opadł z sił i upadł na twarzą na leśną darń. Poczuł na sobie jakieś ręce, ktoś go walił po głowie a potem posadził. Wróciło ciepło ogniska i ten smród zieleniny. Bóg-wojownik odszedł, ale zadra w sercu została. Thorek musiał się napić i uczynił to wypijając ostatnią kroplę wódki. Od teraz jest już na nowej ścieżce życia.
Szlaczek
Kto wie?Wilki się rozproszyły a wampiry znów uciekły w las. Trupy zostały w lesie a drużyna podeszła trochę w głąb lasu by nie stać się ofiarą drapieżników zwabionych trupami. Kolejna walka odeszła w niepamięć zostawiając blizny oraz zabierając siły i resztki boskiej opatrzności. Milcząco zasnęli i nie dbali o to, czy ktoś przyjdzie w nocy. Zmęczenie dało o sobie znać i tylko od czasu do czasu, ktoś zerkał wokół czy aby na pewno nikogo nie ma w pobliżu. Jean Paul zasypiał w strachu, a źródłem jego strachu był symbol, którego część pojawiła się na plecach. Wyczuł go bardziej niż zobaczył i wiedział, że to już się zaczęło. Jako mag do tej pory mu się udawało. „Udawało się” to dobre stwierdzenie. Teraz już nie zacznie się udawać a magia wreszcie będzie brać to, co jej się należy. I nie dość, że ma znamię białej magii, której jest już ostatecznie przypisany to jeszcze ma znamię chaosu, które przypomina mu o naturze magii i jej nieprzewidywalnych zwrotach. Coraz więcej walk i coraz większe szanse, że chaos wygra. I poniesie ze sobą maga. Jean Paul zamknął oczy ale nadal widział jak splątane kłęby zielonego i białego wiatru szczelnie otulają miejsce ich noclegu. Co się miało dziać to niech się dzieje. Każdy potrzebuje snu.
Ranek zapowiadał ciepły i pogodny dzień. Zebrali się i ruszyli na południe mając nadzieje na dojście do Talabeku i zmianę tego cholernego lasu na coś innego. Przez ostatnie dni byli nękani walkami i odrobina odpoczynku byłaby wskazana. Jednak taki luksus może być nieosiągalny przez najbliższy czas. Chyba że samemu zadba się o to. Noga za nogą ruszyli na południe. I tak przez najbliższe dwa dni aż zobaczyli lśniące, niebieskie wody Talabeku i przycupniętą na jej brzegu stanicę promową. Drewniane zabudowania przywitano niemal jak świątynię a możliwość przespania się w łóżku, zjedzenia kaszy i posłuchania normalnych rozmów była szczytem obecnych marzeń. Wieczorem dotarli na miejsce i weszli do środka stanicy mając na uwadze wiele rzeczy o ile są one miską z kaszą i solidną porcją skwarek.
Szlaczek
Wóz MontyegoMonty i jego wozy zmierzały Starym Traktem na zachód. Jeszcze ze trzy lub cztery dni i staną w Delberzu, gdzie będzie można uzupełnić zapasy i pchnąć umyślnych do stolicy. Jeszcze tylko trzy dni. Słoneczko przypiekało i wjechanie w cień starej puszczy wszyscy przywitali z rozkoszą. Do wieczora zostało sporo czasu i jazda w pełnym słońcu nie należała do przyjemności.
- Cineva în faţa – powiedział Laszlo siedzący obok na koźle.
- Unde? – Monty podniósł wzrok i popatrzył przed siebie. Faktycznie, zobaczył jak ktoś zbliża się do nich. Samotny podróżny w tych stronach nie był aż tak niecodziennym zjawiskiem, ale też nie do końca normalnym.
- Usor – powiedział do reszty. – Pregătită arma ta.
Szczęknęły dobywane noże. Ktoś wszedł na jeden z wozów i zaczął coś w nim grzebać. Monty patrzył jak niespiesznym krokiem zbliżają się do podróżnego. Wreszcie mieli go przed sobą by ocenić, że strój podróżny rzeczywiście wskazuje na wędrowca.
- Witaj kupcze – nieznajomy mówił w reikspielu. Podniósł prawą rękę w geście powitania i odrzucił kaptur z głowy. Białe włosy nadawały szlachetny wygląd twarzy, którą szpeciła paskudna blizna w okolicy oka.
- Witaj – odrzekł Monty. – Jak droga przed nami? Spokojnie?
- Aż do samego Delberza. Nikogo i niczego – spokojny głos wędrowca nie wskazywał na jakikolwiek ślad zmęczenia.
- Za nami też spokój. Przynajmniej do Utterchorhu. Potem już popytaj dalej.
- Dziękuję.
Nieznajomy ruszył dalej, ale po dwóch krokach stanął i spojrzał na woźnicę jakby o czymś sobie przypomniał.
- Nie widziałeś może grupy ludzi i krasnoluda podróżującego w tych okolicach?
Kupiec mrugnął okiem, choć nie okazał swojego zdziwienia bardziej niż ten tylko gest. Sygnał rogu ostrzegawczego zabrzmiał w tyle głowy z siłą imperialnej armii.
- Nie – wolno odpowiedział. „Za wolno” skarcił się w duchu. Pewnie Otto by inaczej zareagował w takiej sytuacji, ale on jest tylko prostym kupcem.
- Na pewno? – nieznajomy dopytywał się jakby zwykła odpowiedź mu nie wystarczała.
- Fi gata. Pe semnul meu omoratil pe ticalos. Rotiţi capul sa inteleaga – powiedział Monty w stronę swoich ludzi. Ci wolno pokręcili głowami.
- Oni też nie widzieli. Może w miasteczku coś będą wiedzieć.
- To dobrze. Znaczy, że są przede mną – nieznajomy zdawał się być usatysfakcjonowany z odpowiedzi. – A dla ciebie bardzo źle człeczyno – zasyczał i ścisnął rękę w pięść. Gardło kupca złapała stalowa rękawica i nie chciała puścić. Krztusił się, ale nie mógł wydać ani słowa. Jego ludzie popatrzyli na niego w oczekiwaniu na coś. Potem po kolei każdy z nich zaczął się dusić nie mogąc się ruszyć. A ręka zaciśnięta w pięść została uniesiona w górze. Na twarzy nieznajomego Śmiertelny uściskmożna się nawet było dopatrzeć czegoś na kształt zadowolenia.
- Myślisz, że nie wiem, że powiedziałeś swoim ludziom, by mnie zabili? – wędrowiec podszedł wolno do wozu i stanął na dyszlu.
- Crezi că poţi face ceva ca să mă păcăleşti? – dodał w języku, którym władali wszyscy wokół Monty`ego. Oczy kupca nabiegły krwią a przerażenie wpełzło na policzki. Popuścił pod siebie, ale nawet tego nie zauważył. Reszta jego ludzi charczała walcząc o tlen. W jednym z wozów coś zaczęło się rzucać i ciskać po całym pojeździe.
- To nic osobistego … Monty – słodycz w głosie nieznajomego była zabójcza. – Dasz mi tylko to …– mówiąc to sięgnął za pazuchę człowieka i wyjął stalowy cylinder na pergaminy. Otworzył go i wyjął zwitek papieru. Schował go do kieszeni a cylinder zamknął i odłożył na miejsce.
- Widzisz, jakie to proste – kupiec nadal nic nie mógł zrobić. Posiniał na twarzy a z nosa ciekły zielone gluty. – Teraz twoja kolej. Wiesz, musisz być dobrym i przekonującym przykładem. Liczę na ciebie i na twoich rozumnych ludzi. Bo takowych masz, prawda? – poklepał go po policzkach, z których odpłynęła już chyba resztka krwi. Złapał go za gardło już własną ręką i ścisnął. Kupiec tylko pisnął, kiedy bluznęła krew a na ziemię spadło wyszarpany kawał mięsa. Zaraz za nim poleciało miotające się ciało. Nieznajomy patrzył się na to i stał obok upewniając się, że inni też to widzą. Kompani kupca z przerażeniem obserwowali, jak ich pracodawca miota się w pyle drogi i zalewa wszystko strugami krwi. Wreszcie nieruchomieje i zamiera na dobre. Wtedy nieznajomy przewraca go na plecy i patrzy w szkliste oczy.
- Nu incurca cu pitica! – krzyknął w martwą twarz i spluną na zwłoki. Kochał to uczucie, gdy gra główną rolę a reszta patrzy i chłonie to, co on chce pokazać. Jest panem prawdy i nie zamierza być nikim innym. Nie wobec nich. O tak, okrzyk by nie zadzierał z karłem był dobry. Nawet bardzo.
- Care este modul de toate care va incurca cu pitica. Plec si nu se mai intorc! – krzyknął do reszty. Uścisk na gardła ustąpił, ale strach pozostał. I jeszcze słowa nieznajomego o karle, który dopadnie ich wszystkich i pozabija, jeśli wrócą. Nikt nie chciał zostawać. Lepiej uchodzić i przeżyć niż gnić gdzieś w rowie za nie swoją wojnę. Przekażą tylko, że krasnolud grasuje i jego człowiek, pewnie mag, zabił ich pana. Nie było wątpliwości, że to on.
- Fi dus! – krzyknął nieznajomy.
Reszcie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Laszlo chwycił lejce, spiął konie i ruszył z kopyta. Zostawił ciało swego pryncypała, ale ma dobytek, resztę jego ludzi i ważne informacje do przekazania. O wielkim niebezpieczeństwie ze strony krasnoluda i jego ludzi.
Wędrowiec patrzył do momentu, gdy wozy zniknęły za zakrętem. Teraz mógł się uśmiechnąć w pełni. Ukląkł przy ciele i włożył w oczodół palec. Zamknął oczy a te zatrzepotały pod powiekami jak przy intensywnym śnie. Skończył w mgnieniu oka. Wytarł zakrwawioną rękawiczkę o ciało i wyprostował się. Najwyższy czas podbić stawkę tej gry. Zaczynało robić się już nudno.

Comments

robi sie zabojczo ciekawie a szanse na przezycie coraz mniejsze…

 

no i co ty na to Rafał ?
Pewnie pokażą nam nakaz aresztowania ;) .

 

Super, jakbyśmy nie kombinowali, jakbyśmy nie zamazywali tropów i przechytrzali wampiry, przylezie ten fagas i podsunie im trop. :/

 

pamietaj że my nic nie wiemy o uberwampirze i o łowcach, myślimy że nikt nas nie łapie a uberwampir poszedł już sobie. ciężko będzie teraz zagrać tak jakbyśmy nie wiedzieli nic gdy nas dojdą w trasie. chyba że “grupa” będzie z marszu strzelać – ja obstawiam że tak będzie, grad pocisków z kusz plus jakieś specjale na kaplana i maga. Pocieszające jest to ze tu nie będzie chodziło o nasze życie tylko o to by nie użyć młota – bo ja na 99% uważam że Thorek z młotem ich rozwali jak mu damy młot w łapki. A oni nie będą na to czekać chyba że nie wiedzą co to potrafi.

Tylko co potem się stanie ? Kolejny demon albo brama przez którą będzie co kwadrans wpadał wizytą demon zw spaczni.

ps. jakby nie ten młot to by nas uberwampir nie znalazł prawda ?

 

To nie do końca tak, że nikt was nie łapie. Uber powiedział wyraźnie, że mając i używając przedmioty od wampirów się nie uwolnicie i jedynie przejście do Kisleva uspokoi sprawę i ataki nie będą co kilka dni tylko co kwartał lub pół roku. Wampiry nie popuszczą, bo mają wieki na to, by się zemścić i dokończyć Łowy. O łowcy możecie wiedzieć, bo jeśli pamiętacie, to kupiec mówił wam, ze czeka na jednego łowcę, który ma być za parę dni. Co prawda w chwili obecnej to marginalna sprawa, ale w kontekście prezentowanej historii ma znaczenie :)
A co do ciężkości grania :):):) – robię to z pełną świadomością od jakiegoś czasu. Że wiecie coś jako gracze i nie wiedzą o tym postaci. To jest implikacja waszych (postaci) działań i czynów. Sami macie obawy odnośnie tego, co się dzieje a to jest tylko manifestacja tych obaw :) Za granie postacią idą ekstra EXPY :):):) Gdybyście byli niedoświadczonymi graczami to byłby fog of war i znikąd by wypadały hordy postaci i nie wiedzielibyście dlaczego i po co. Tak macie pełniejszy wgląd w historię i różne następstwa. Przygoda nie kończy się spotkaniem tylko idzie dalej a czyny idą w świat. To tyle mojego wtrętu :)

 

O uberwampirze możemy się domyślać. On powiedział, że będzie mieszał. Oczywiście, okłamał nas twierdząc, że zależy mu na przerwaniu łowów, ale chyba nikt mu nie uwierzył? Trochę to tylko podłamuje, że musimy się kryć nie tylko przed ścigającymi, ale i przed nim, a to dużo trudniejsze.

Wiedza moja jako gracza o Łowcy nic nie zmienia. jeśli się spotkamy, to wszystko będzie zależało od tego jak on to rozegra.

 

pamietam jak bylo rozegrane z lowca z wozem opancerzonym… odrazu poszlo podejzenie, ze w srodku jest wampir, dopuki mag nie sprawdzil co tam siedzi. To apropo podejscia druzyny do lowcow i obcych …. jedyny wyjatek byl nasz uberwampir, ktoremu pozwolilismy podejsc do obozu i uciac z nim pogawedke, to bylo konieczne po zamieszaniu w swiatyni nurgla… jesli ktos zacznie do nas strzelac, to odpowiemy tym samym trup nie moze sie bronic przed sadem. “On powiedział, że będzie mieszał. Oczywiście, okłamał nas twierdząc, że zależy mu na przerwaniu łowów” Rafal czmu uwazasz, ze nas oklamal ?? w ktorys momencie je przerwie ale to bedzie taki moment ktory on sam wybierze i nie koniecznie po naszej mysli… to sa istoty chaosu i trzeba sie tego trzymac.

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.