Tysiące Tronów

Kraina Trolli, wschodnia rubież, 7 sigmarzeit 2524 od koronacji Sigmara

StepCiepły wiatr niósł ze sobą zapach stepu, suchych traw oraz słabo wyczuwalne piżmo. Pożółkła roślinność sięgająca do łydek pokrywała cały teren jak tylko sięgnąć wzrokiem. A było widać dość daleko gdyż nie przeszkadzały w widzeniu ani lasy ani góry czy pagórki. Drobne pofałdowania terenu ukrywały niewielkie doliny dobre do ukrycia się kilku istot ale nie całej armii lub kogoś wyjątkowo dużego. Krąg, w którym się znaleźli, znajdował się na szczycie takiego właśnie pagórka i łagodnie przechodził niżej w niewielką dolinę sąsiadującą z kolejnym trawiastym wzniesieniem. Krąg nie wyróżniał się niczym szczególnym z otoczenia poza tym, że miał kamiennych strażników w postaci solidnych bloków monolitów. Trawa wszędzie rosła równomiernie i nic nie wskazywało na to by tędy chodził ktoś poza zwierzętami od bardzo dawna. Słońce wskazywało na południe lub tuż przed. Hans patrzył na to wszystko i zastanawiał się, gdzie ich wyrzucił krąg. Wysokość słońca wskazywała na północ. I to dość daleko. Odległość od gór, które piętrzyły się na północnym wschodzie wskazywała, że to nie mogą być Góry Krańca Świata. Może te bardziej na północ, które przylegają do Krain Trolli i łagodnym łukiem odgradzają tą nieprzyjazną krainę od Norski. Było to możliwe choć sugerowało, że trafili w bardzo paskudne miejsce.
O Krainie Trolli można powiedzieć wiele, ale nie, że jest tu ładnie i bezpiecznie. Niegościnne tereny są palone żarem w letnią porę i smagane lodowatym zimnem w zimie. Do tego przewalają się tędy ci, którzy chcą najechać Kislev i Imperium oraz łupieżcze wyprawy Norskmenów napadających na karawany. Żyją tu trolle, które mają tu swoje leża i traktują wszystkich, którzy tędy przechodzą, jak śniadanie, obiad albo kolację – w zależności od pory dnia. Poza trollami są tu też zielonoskórzy, niedobitki licznych armii Dolgan, zaciągów po ostatniej wojnie i weteranów po poprzednich inwazjach. I nie tylko wywodzących się wśród ludzi czy orków ale również ogrów, demonów, nieumarłych i innych istot. Przebywanie tutaj jest dla nich bezpieczne, bo nikt ich tutaj nie ściga, nie szuka i nie planuje zabić tylko dlatego, że są inni. Tutaj każdy jest zdany na siebie i musi walczyć – nie jest ważne czy łupił w Middenheim czy zabijał w Praag. Dlatego też jest to dobre miejsce dla wszelkiej maści uciekinierów z okolicznych krain. Dobre, bo mogą swobodnie zapaść w doliny i nikt ich nie będzie specjalnie szukać. Dobre, bo mogą robić to, do czego zostali stworzeni, czyli walczyć o byt stalą, czarami i sługusami. Nikt nie lubi Krainy Trolli i choć podlega pod carycę Katarzynę, to oficjalnych patroli czy władzy nikt tu nie uświadczy. Zdarzają się wyjątki, gdy szykuje się coś ważnego lub coś ważnego zajdzie w okolicy, ale są to dość rzadkie zjawiska. Wiedząc to wszystko z ksiąg lub wcześniejszych informacji Hans nie miał dobrych wieści dla pozostałych. Kraina Trolli stanowiła ich wybawienie, ale również śmiertelną pułapkę.
Młot, bezpiecznie spoczywający na plecach Thoreka, nadal pokryty był kropelkami wody. Jego aura wskazywała na południowy wschód co potwierdzało niestety ich nienajlepsze położenie. Sam młot zaś… Krasnolud czuł go coraz bardziej. Coraz lepiej leżał mu w dłoni i coraz bardziej był z nim związany. Nie było to jeszcze fanatyczne oddanie, ale lepiej się czuł jak miał go przy sobie. Inni zerkali na młot i widział w ich wzroku obawę. Nic nie mógł na to poradzić. Chciał doprowadzić młot na miejsce i zniszczyć go. Stanowił zagrożenie dla jego rasy i Grimnir uświadomił mu to dobitnie.
Powierzchnia młotaPo zejściu ze wzgórza o trochę czasu poprosił Rainer. Hans zajął się przejrzeniem okolicy i ustalaniem marszruty. Thorek usiadł najdalej jak mógł od reszty i skubał po kawałku suszoną koninę mieląc ją bez przekonania w ustach. Mag korzystając z okazji badał magicznie okolicę ale poza młotem i rzeczami w ich posiadaniu, nie udało się nic więcej ustalić. Nasycenie magiczne było spore i mogło wskazywać na łatwość w dostępie do wiatrów magii i rzucanie magii z większą mocą. Napawało to optymizmem, ale nie cieszyło Jeana Paula. Już miał wiele razy do czynienia z takimi miejscami, które magię zwiększały, ale możliwości wystąpienia powikłań również rosła. I zwykle pesymistycznie nastawienie potwierdzało to, co działo się później. Zepsucie żywności, lodowaty wiatr, dziwne odgłosy czy krwawienie z nosa. Magia miała swoje ścieżki i trzeba było zapłacić cenę za ich przemierzanie.
Rainer skończył po godzinie. Miał rozpaloną twarz, żar w oczach i przekonanie o słuszności własnych racji. Mówił, że rozmawiał z boginią i ta nagrodziła go mocą, wiedzą oraz własną pomocą jako swojego wybrańca. Poznał też kilka modlitw, dzięki którym moc bogini mogła dawać niemal nieograniczoną wiedzę. I dlatego postanowił z niej skorzystać by spojrzeć na młot. Mógł go zablokować, by nie działała jego magia, ale to mogło by się wiązać z jego ładowaniem więc spojrzał tylko na to, co kryła historia młota i co było w niej najważniejsze.
Wizja przyszła gwałtownie i niespodziewanie. Kapłan jeszcze nigdy nie doświadczał takiej mocy i pierwsze jej użycie było dość niepokojące. Wizja jednak była składna i widział w niej wszystko tak, jakby stał obok. Zaczęło się wszystko od kuźni, paleniska oraz ognia. Płonął on w palenisku, ale nie pochodził z drewna czy węgla, ale z najprawdziwszej lawy. Płynęła ona wartkim strumieniem zostawiając smród siarki i żar, który palił skórę nawet z bardzo daleka. Obok paleniska stało kowadło na którym leżał młot. Jego głownia już była przekuta a stylisko leżało obok czekając na obsadzenie. Kowal, który się tym zajmował, najwyraźniej chciał odpocząć. Stał nieopodal i patrzył się na płomień. Kapłan w swojej wizji widział go od tyłu. Na tle ognia jego sylwetka była bardzo dobrze widoczna i żaden szczegół nie mógł mu umknąć. Od wysokiego wzrostu i długich włosów po noszoną na skroniach koronę, której kształt nie przypominał żadnej takiej ozdoby jaką widział w całym swoim życiu. Miała wysokie szpikulce na całym obwodzie o różnej długości i grubości. Sprawiało to wrażenie chaotyczności i dezorganizacji, ale biła od tego jakaś aura przeznaczenia oraz słuszności takiej konstrukcji. Pojawiły się dymy, które zakryły tą scenę szczelną zasłoną mlecznej mgły. Już pomiędzy oparami było widać leżący nieopodal gotowy młot, który spoczywał w wiadrze z wodą. Tak jakby ten ktoś szykował więcej niż jedną taką broń.
Łańcuchy na nogachGdy dymy się rozwiały pokazała się druga część wizji. Tym razem wzrok Rainera unosił się w powietrzu jakby był sokołem lub inną istotą posiadającą dobre widzenie. Dlatego procesja zmierzająca po spalonej ziemi do podnóża zigguratu była bardzo dobrze widoczna. Procesję tworzyły istoty podobne do ludzi, skute łańcuchami na rękach, nogach i szyjach. Byli cali brudni, posiniaczeni i poranieni. Możliwe, że byli to ludzie, ale tak zmaltretowani, że nie sposób było to jednoznacznie stwierdzić. Ich stan świadczył, że byli kimś w rodzaju niewolników. Przewodziła nimi para ludzi, którzy dzierżyli końce łańcuchów oraz nieśli młot. Nie było widać ich twarzy, ale młot bardzo dobrze. Nieśli go wysoko nad głową, jakby chcieli by każdy go widział. Nie spieszyli się a tłum spięty łańcuchami, kroczący za nimi, nie naciskał za bardzo. Powolnym krokiem zmierzali do podnóża zigguratu a potem weszli do środka szerokim korytarzem. Kończył się on w środku piramidy schodkowej przy ogromnej dziurze w ziemi. Cała procesja zatrzymała się tam i młot został wrzucony w jej ciemną czeluść. Ciemność zapadła wszędzie i wizja gładko przeszła do swojej ostatniej fazy. Dla Rainera było to niesamowite i chłonął tak pozyskaną wiedzę jak mech, który dostał trochę wody po okresie suszy. Moc kipiała wokół niego a on przetwarzał ją przy pomocy bogini w coś dobrego.
Trzecia cześć była najbardziej tajemnicza z dotychczasowych spojrzeń. Ukazywała dziesięć słupów mocy i żywiołów, które tworzyły krąg. W jego centrum leżał młot, który emanował każdą, możliwą emanacją magii. Żywioły wokół kłębiły się i tworzyły wiry, które wysysały wszystko dookoła. Magia wiatru przekształcała się w magię ognia, która przechodziła w esencję życia i rozkwitu. Harmonia i porządek tworzyły krąg i bariery, które dawały poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Jednak potem pojawił się czarny obłok dymu. Wychynął z ciemności wokół i był czarniejszy niż ona. Sploty czarnej materii przepłynęły przez krąg, nie naruszając jego struktury. Jakby były jego częścią, która jednak nigdy została ujawniona. Czarne macki mgły sięgnęły poprzez krąg do młota. Oplotły go zwojami materii, spiętrzyły się jak chmury i rozwiały spokojnie. Gdy zniknęły, młota już nie było w centrum kręgu i postument, na którym spoczywał, stał pusty. Po tym wizja zniknęła a Rainer znów dostrzegł step, trawy i siedzących obok Thoreka i Jeana Paula. Młot spoczywał spokojnie pomiędzy nimi, ale w swoim odczuciu mag widział go raczej jak kota gotowego do skoku niż spokojnie leżący kawałek drewna. Wizja czary, która przelewa się, znów stała się tak dojmująca, że aż niepokoiła. Poproszona Thoreka by odsunął się znów daleko i chwilę poczekał. Magicy zaś zaczęli naradzać się co dalej. Kilka czarów, inspiracja magiczna oraz rozpoznanie magiczne, znów okazało się konieczne. Krasnolud stawał się coraz bardziej nieprzewidywalny. Nie utykał na nogę, czytał w obcym języku i był w jakiś sposób powiązany z młotem. To on spowodował, ze pergamin ze starożytną mocą rozsypał się w pył. Młot miał się nadal dobrze i choć pergamin miał za zadanie zniszczyć go, to nic mu nie uczynił. Mag miał dziwne przeczucie, że coś się dzieje a dostępność magii wokół nie sprzyja stanowi młota. Krasnolud zaś siedział sobie daleko i patrzył jak inni łypią na niego spode łba. Widział, że to nie są dobre spojrzenia. Widział w nich zagrożenie i widział, że to młot je powoduje. Bo oni chcieli młot i chcieli mu go zabrać. A przecież… Dostrzegł to w jednej chwili. Ogromną zasłonę czerni, która sięga mackami daleko. Dużo dalej niż jest w stanie zobaczyć. Widział jak magia, którą dostrzegł po raz pierwszy w swoim życiu, zaczyna być zbierana przez czarne macki. Dostrzegł jak oplata ona wszystko wokół i chłonie. Poczuł się dziwnie, ale dobrze. Przypływ sił był wspaniały a odczucie z tym związane mogło się równać jedynie euforii po wygranej walce. Widział też maga, którego wzrok ział nienawiścią i nie Coś w Thorekuskrywaną agresją.
Jean Paul widział, że coś się dzieje. Dostrzegł to wzrokiem, gdy jedna z czarnych macek oplotła go w pasie. Potem dostrzegł inne. A jeszcze potem dostrzegł, że wychodzą one z Thoreka. Nie z młota, nie z przedmiotu magicznego, ale wprost z krasnoluda. Spojrzał na niego swoim wzrokiem i dostrzegł czarny bąbel doskonałej czerni, która pożera magię. Jak stopniowo młot zajmuje umysł karła i dominuje jego doznania. Nie można było czekać tylko działać. Wygnać go z krasnoluda i pozbyć się wreszcie. Ustalili szybko między sobą, że Rainer będzie starał się unieszkodliwić młot na chwilę a mag uwolni krasnoluda z okopów młota. Hans, który zdążył wrócić z rekonesansu, już był gotowy z łukiem na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. A że poszło nie tak, stało się kilka chwil później.
Kilka mgnień oka wystarczyło by strzała wbiła się w rękę Thoreka. Młot upadł na ziemię a krasnolud obok niego, jak tylko Rainer uwolnił moc bogini i zablokował młot. Jean Paul zaś zwarł się w pojedynku z młotem. Pot perlił się na jego czole a moc niemal trzeszczała wokół. Czuł, że wystarczy jeden zbędny ruch a wyzwolona moc ogarnie ich wszystkich. Miał też świadomość, że kroczy po kruchym lodzie magii i w każdej chwili może coś pójść źle. Nie miał jednak wyjścia i uwolnienie krasnoluda było konieczne. Jeśli nie dla niego samego to na pewno dla reszty grupy.
„Nadchodzi” słyszał szept wokół siebie. Dostrzegł też innych wokół i to, jak zwracają się przeciwko niemu. Widział strzałę, która wbiła mu się w rękę. Wyglądała jak mucha uwięziona w miodzie. I podobnie jak ona, nie wyrządziła mu większych szkód. „Nadchodzi” szept się powtórzył. Moc rosła i już nic nie było w stanie jej powstrzymać. A potem wszystko się urwało. Ciemność przyszła nagle i Thorekowy świat zamknął się w jednej chwili pełnej bólu i cierpienia.
Hans dopadł do krasnoluda i wprawnie zakuł go w kajdany. Jeśli wróci moc młota to już nie będzie mógł skutecznie korzystać z brodacza. Mag miał świadomość, że młot się przeistacza. Już pierwsze chwile zmagań pokazały, że tama puściła i młot działa teraz swoim własnym życiem. I nie będzie z tego niczego dobrego. Dlatego nie był zdziwiony, jak młot wzniósł się na wysokość jednego metra i zaczął wibrować. Wraz z nim podniosła się szkatułka, w której uwięziona była dusza nekromanty. Planowali zostawić ją tutaj i oddalić się by zły duch nie miał okazji wejść w kogokolwiek z nich. Teraz zaś z przerażeniem zobaczyli jak wieko się otwiera i czarny bąbel wokół młota wciąga w siebie wszystko to, co ze szkatułki zaczęło się unosić. To ostatecznie pokazało, że młot ostatecznie się zmieniał. Mag nie czekał tylko zaczął uciekać jak szybko tylko się da.
Reszta widziała jak mag odbiega za wzgórze. Hans chwycił Thoreka i zaczął razem z nim uciekać. Krasnolud doszedł do siebie i widział wszystko wokół. Czuł ból i czuł kajdany na rękach. Czuł też szarpnięcia od wlekących do Hansa i Rainera. Widział też unoszący się młot, który wpadł w rotację i kręcił się jak szalony. Coś narastało i czuł to nawet on. Nie widział już czarnych macek ani bąbli. Wróciło widzenie i wrócił ból. Pamięć też. Spojrzał z nienawiścią na Hansa i wysyczał: „Wszystko widziałem. Macie wpierdol”. A potem gwałtownie wróciło osłabienie. Wzrok się zamglił i świadomość zaczęła płatać figle. Zwiotczał w ich rękach momentalnie i nic nie zapowiadało by się polepszało. Odczuli to wszyscy. Pierwszy Hans się zreflektował. Im dalej od młota tym krasnolud robił się słabszy. Najwyraźniej moc młota nadal miała go w swoich szponach. Nie był opętany, ale łączność z nim miał nadal. Nie można było dłużej holować brodacza. Nie można było też uciekać, skoro jeden z nich miał tu zostać. Krzyknięto do maga by wracał bo Thorek nie da rady uciec.
Młot kręcił się z niewyobrażalną prędkością. Widok głowicy niemal zamazywał się tworząc w powietrzu raczej rozmazaną kulę niż zgrabny, prostokątny kształt obucha. Krasnolud dostrzegł to w chwili, gdy jego towarzysze przytaszczyli go bliżej wirującego przedmiotu. Dostrzegł w oddali Zigguratziggurat. Widział jak stoi pośród stepu. Wzrok mu płatał figle albo jego obraz pojawiał się i znikał w tempie obrotów młota. Jakby to młot generował ten obraz.
- Piramida – powiedział cicho.
- Co? – spytał Hans puszczając rękę brodacza i odpinając kajdany.
- Widzę piramidę. Taką ze schodkami…
- Ze schodkami? – Rainer zaczął pilniej przysłuchiwać się temu co mówi Thorek.
- Tak, jest tam – i wskazał na wschód.
Oczywiście inni nic nie widzieli.
- Gdzie tam? Na wschodzie? – kapłan patrzył, ale nic nie widział.
- Tak. Stoi bardzo blisko. Jest cholernie wysoka – głos krasnoluda był słaby, ale pewny.
Mag zdążył wrócić i teraz odpoczywał łapiąc powietrze. Też się rozglądał, ale nic nie dostrzegał. Najwyraźniej to młot chciał coś przekazać.
- Rainerze, to może być piramida z twoich wizji? – dla maga coraz mniej się to wszystko podobało.
- Tak. Jeśli to ziggurat to jest on. Nic innego nie jest związane z tym młotem.
Okazało się, że młot wytworzył coś na kształt bramy lub przejścia i każdy mógł przejść do zigguratu korzystając z mocy młota. Nie było długiego zastanawiania się. Wszyscy chcieli mieć to już za sobą. Dlatego za pomocą Thoreka wszyscy przeszli na drugą stronę bariery. Ostatni uczynił to sam Khazad. Spojrzał jeszcze na trójkę swoich towarzyszy, którzy podziwiali piramidę i na step, który opuszcza. Wszedł w bramę i przeniósł się tam, gdzie reszta. Nikt więcej nic nie mógł dostrzec bowiem błysnęło i obraz stepu zniknął ostatecznie. Zamiast niego pojawiło się duszne i śmierdzące powietrze oraz ziemia spalona słońcem i górujący nad wszystkim ziggurat. Thorek dostrzegł jeszcze, za pośrednictwem mocy młota, jak drugi on, po stronie stepów, chwyta młot i oddala się na zachód. Najwyraźniej była to kolejna wizja, którą uraczył go ten przedmiot. Po tej stronie nadal posiadał młot, ale ten wyglądał inaczej. Nadal miał moc, nadal młot lekko wibrował w jego ręku, ale już nie rosił wodą ani nie ziębił czy grzał. Opływał w czerń, ale zmienił się. Czuł to każdym nerwem. Nastawienie Thoreka za to się nie zmieniło – młot należało zniszczyć i najwyraźniej to jest to miejsce. Mag potwierdził, że nie widzi już miejsca, jakie wskazywał młot. Tak jakby już dotarli na miejsce. Rainer widział coraz więcej szczegółów, które niepokojąco pokrywały się z jego wizją a Hans z rezygnacją patrzył na góry na horyzoncie. Góry na zachodzie.
Otoczenie zigguratu było bardzo podobne do tego, co widzieli jeszcze niedawno wokół kręgu. Jednak było kilka istotnych różnic, które budziły dużo więcej wątpliwości. Było tutaj bardziej płasko. I cieplej. Widać było bardzo daleko i horyzont sięgał niemal na kilka dni drogi. Do gór było około Mroczne Ziemietrzech dni choć zniekształcenia krajobrazu mogły to zmienić o jeszcze jeden dzień. Na horyzoncie było widać poruszające się pagórki, które mogły być grzbietami wielkich istot lub innymi dziwnymi rzeczami, których nikt nie starał się sobie teraz wyobrażać. O ile w Krainie Trolli nie zdołali dostrzec żadnego jej mieszkańca to tutaj wizja spotkania trolli stała się realna a patrząc na ruszające się w oddali pagórki, niemal namacalna. Sam ziggurat był potężny. Sięgał na wiele metrów w górę a jego podstawa miała długość najdłuższej marienburskiej drogi miejskiej. W jej podstawie widać było wielkie wejście wykute w kamieniu. Czerniało niczym skaza w budowli i nie ulegało wątpliwości, że to tędy trzeba dostać się do środka. Dlatego wszyscy ruszyli ostatecznie w stronę potężnej budowli. Tak przywitały ich Mroczne Ziemie, których sława była tak ponura, że niewiele o nich było wiadomo nawet w znanym świecie.

Comments

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.