Tysiące Tronów

Bitwa Willa Hanh, 27 pflugzeit 2524 od koronacji Sigmara

KultystaW kamiennej komnacie stało ich co najmniej dziewięciu. Niektórzy byli gotowi na atak i dzierżyli łuki w ręku. Jeszcze inni stali plecami do wejścia i obserwowali ołtarz. Na nim stał Karl w otoczeniu Jana oraz nieznanego człowieka w zielonych szatach kapłana. Młode oblicze było skupione a zaciśnięte usta szeptały bezgłośnie jakąś modlitwę. Jan obserwował dzieciaka i zaciskał w ręku medalion, od którego promieniowała czarna poświata pierwotnej magii chaosu. Wszystko to przykrywał smród zgnilizny, świeżej krwi oraz zepsucia. Był on tak dojmujący, że aż świdrował w nosie i drapał w gardle. Nawet w kanałach marienburgskich śmierdziało przyjemniej niż tutaj.
Rytuał niewątpliwie miał się w najlepsze. Stojące przy ołtarzu lustro mieniło się wszystkimi kolorami tęczy i nie odbijało niczego, co było w komnacie. Jakby to nie było lustro tylko okno wychodzące na zupełnie inną stronę świata. Mag czuł atmosferę zagrożenia i czegoś, co nadchodzi. Bardzo szybko nadchodzi. Potwierdził tylko dla reszty, że nie ma na co czekać. Karlowi groziło śmiertelne niebezpieczeństwo i należało działać, bo może być za późno. Hans spojrzał jeszcze raz na komnatę i na czarny otwór po jej drugiej stronie, niedaleko ołtarza. Obawiał się, że jeśli nie zareagują odpowiednio szybko, to Jan może uciec. Może znów zabrać Karla i po raz kolejny będą musieli go ścigać by uwolnić dzieciaka. Tym razem nie dopuści do tego. Nie teraz. Zamknął na chwilę oczy, ścisnął mocniej łuczysko w ręku i ruszył do przodu.

KultystaWypadli wprost na stojących przed nich łuczników. Thorek i Rainer tworzyli szpicę, która spadła na łuczników zanim ci oddali drugie strzały. Pierwsza salwa niestety trafiła celu. Thorek oberwał w głowę zaś Rainer przeleciał pomiędzy strzałami i dopadł wrogów. Mag i Hans trzymali się z tyłu i celowali w Jana, który stanowił tutaj największe zagrożenie. Precyzyjnie mierzony strzał trafił kupca bławatnego w pierś i odrzucił go na ścianę. Karl zachwiał się i z przerażeniem w oczach patrzył na to, co rozgrywało się przed jego oczami. Tutaj walka trwała w najlepsze. Wszyscy rzucili się na drużynę gotowi zginąć byleby nie dopuścić nikogo w pobliże ołtarza. Ciosy mieczami i brzęki tarczy niosły się poprzez korytarze i niknęły w oddali. Ludzie z charkotem padali na ziemię, krew barwiła kamień na czerwono a powietrze wzbogaciło się kilkoma świeżymi strugami świeżej krwi.
Jan przybliżył się do ołtarza. Lustro zaczęło migotać i na spokojnej dotąd tafli pojawiły się zmarszczki jak na jeziorze. Wściekłość zagościła na jego starczym obliczu a zasuszone wargi rozciągnęły się w grymasie złości. Nadal zaciskał w ręku medalion, ale palce raz za razem rozprostowywały się i zaciskały. Spoglądał na Karla z odrazą i patrzył na walczących. Patrzył na to wszystko, co się dzieje i na lustro. Wreszcie zdecydował. Odrzucił medalion i zaczął splatać Lustrozaklęcie. Wtedy druga strzała trafiła go w serce i cisnęła wprost na lustro. Zanim spadł na jego opalizującą taflę te rozpękło się na setki drobnych okruchów, które z szelestem pospadały na kamienną posadzkę. Stojący obok kapłan przerwał modlitwę i ze łzami w oczach odwrócił się w stronę napastników. Karl oszołomiony nadal patrzył się na wszystko i nie mógł niczego zrobić.
Tymczasem walka trwała w najlepsze. Krasnolud dzielnie stawał i swoim młotem uderzał we wroga ze zmiennym szczęściem. I pewnie by to trwało jeszcze trochę, ale jeden z kultystów zadał mu podstępną i zdradziecką ranę w nogę. Zamiast języka w ustach miał atakującą mackę, która trafiła na nieosłoniętą skórę i zadała ból, który powalił dzielnego khazada. Rainer został sam na placu boju, choć nadal miał za sobą łucznika i maga. Wydawało się, że sytuacja została opanowana, gdy pojawił się jeszcze ktoś…
Z czarnego otworu przy ołtarzu pojawiły się kształty, które ostatecznie zmaterializowały się w niewielki oddział wojowników. Wpadli do środka, złapali Karla i uformowali półokrąg. Z drugiej strony, tam skąd przyszła grupa, również dało się słyszeć odgłosy kogoś, kto zmierza w stronę pola walki. Zanim to jednak nastąpiło, cień pojawił się w przejściu i ruszył na kultystów. Błysnęły dwa ostrza i dwa trupy padły na podłogę. Przed drużyną zmaterializowała się kobieca Sophiapostać z mieczem i puginałem. Czerwone włosy zafalowały krwawą plamą a uśmiech odsłonił wystające kły. To, przed czym tak wszyscy drżeli, stało się. Wampiry włączyły się do gry.
Mag widział pojawienie się wampira. Widział, a w zasadzie słyszał, że korytarzem idzie pewnie reszta jej świty. Chwilę jeszcze wyczekał patrząc na to, co robi wampirzyca i wyciągnął mieszka zieloną kulę. Mieniła się lekko, jakby to, co było w środku, przelewało się wolno niczym olej. Jean Paul czuł odrazę do tego czegoś, ale w walce z wrogiem liczyło się wszystko to, co może go wyeliminować z gry. Chwycił mocniej kulę i cisnął ją w korytarz. Pocisk spadł na ścianę i rozbił się. Zielona chmura, która powstała, zablokowała cały korytarz i zaczęła się przesuwać w jego głąb. Cokolwiek ma tędy przejść, będzie musiało się nieźle natrudzić, by pokonać spaczeniową chmurę. Po drugiej stronie Hans widział, jak umiera Jan i jak sytuacja zmienia się w mgnieniu oka. Miał więcej czasu na rozejrzenie się i od razu stwierdził, że walka teraz będzie bardzo ciężka. Najwyraźniej wampiry nie zamierzały zostawiać wszystkiego w ich rękach i nie ryzykowały. KultystkaOdszedł na bok, przywołał Tobika do siebie i czekał na rozwój sytuacji z łukiem gotowym do strzału. Mierzył w grupę trzymającą Karla. Nóż w rękach jednego z nich i pewny chwyt w okolicach gardła dzieciaka nie zostawiały wątpliwości o zamiarach przybyłych.
Rainer uderzał w resztki kultystów widząc, jak nowy uczestnik walki pojawił się w okolicy. Thorek leżał i trzeba było zrobić wszystko by wstał. Jeśli mają pokonać chaos i uratować Karla to musieli wygrać tą walkę a bez krasnoluda było to niemożliwe. Wampir wytrącił tarczę z ręki kapłana i zajął się ostatnim z kultystów. W tym czasie Rainer już reanimował Thoreka. Udało się na tyle, że ten dziarsko wstał na nogi, chwycił mocniej młot i w mgnieniu oka uderzył na stojącą przy nim wampirzycę. Cios uderzył we wroga, młot się zadymił a nieumarły krzyknął z bólu. Kolejne ciosy nie były już takie trafne, ale dołączył się do nich Rainer. Stojąca świta otaczająca Karla patrzyła się na to wszystko i nie reagowała. Najwyraźniej to dzieciak był ważniejszy niż ich przywódczyni.
Wspomagani przez magiczne przedmioty i własne wyszkolenie para wojowników zaczęła spychać wampira do defensywy. Czerwonowłosa jeszcze atakowała, ale albo ciosy odbijały się od zbroi albo spadały na tarczę, która co i raz rozbłyskiwała światłem zadając dodatkowy ból. Wreszcie odrzuciła broń z obu rąk i zamieniła się w nietoperza. Uleciała pod sufit i kierowała się w Jean Paul w akcjistronę swoich ludzi. Mag wyczekał moment przemiany i cisnął świetlisty promień w stronę uciekającego wampira. Trafił w małe ciałko, objął je całe i spalił na drobny pył. Nóż w rękach oprawcy poruszył się i krew z młodej szyi trysnęła na stojących wokół. Kolejne ruchy narzędzia wgryzały się głęboko w szyję aż wreszcie odcięły całkowicie głowę od korpusu. Ciało bez życia padło na posadzkę. Głowa trzymana przez martwą już rękę upadła nieopodal. Szmer padających ciał zakończył się tak szybko, jak szybko się zaczął. Cisza wypełniła komnatę i tylko dyszenie przez zęby krasnoluda i ciężki oddech kapłana były jedynymi oznakami życia w okolicy.

Wieża Lorda TroiXavier wyszedł z powozu krótko po północy. Zimny wiatr z północy uderzył w jego skórę zostawiając resztki wilgoci i zimna. Zapiął mocniej płaszcz pod szyją i czym prędzej ruszył w stronę wieży by schować się w jej wnętrzu. Gościnna północ zawsze witała wszystkich wiatrem i zimnem. Nie było wyjątków.
- Lord już czeka, panie – sługa ukłonił się i wskazał drzwi za sobą. Xavier nie zwrócił na niego uwagi tylko od razu skierował się w tą stronę. Pewnym ruchem otworzył ciężkie, masywne drzwi i wszedł do środka. Lord Troi stał przy oknie i podziwiał księżyc. Zniekształcona przez wieki twarz, zasuszona skóra i bezwłosa czaszka przypominały bardziej wyschnięty szkielet niż żyjącą istotę. Jednak ta tutaj istota miała tysiące lat za sobą i najwyraźniej miała się całkiem dobrze.
- Panie, przywożę wieści od sojusznika – ukłon Xaviera był bardziej głęboki niż nakazywała to etykieta.
- Dziękuję przynoszący wieści – głos Lorda Troi przypominał szelest starych kart lub przesypywanie się piasku w klepsydrze. – Cóż tam słychać u mojej pięknej kuzynki baronowej.
- Sprawy mają się bardzo źle. Niestety obawiam się, że nasz Wybrany został zabity.
Lord Troi odwrócił się od okna i spojrzał na stojącego przed nim wampira.
- Przecież mówiłem jej, że to nie on – syknął przez zęby. – Moi astrologowie ostrzegali…
- Panie – przerwał Xavier – zabroniłem im mówić takie rzeczy. Wybacz, ale nie służyło to nikomu i niczemu. A już najmniej tobie.
- Jak śmiesz tak mówić posłańcze – gniew rósł w głosie niczym zapowiedź burzy piaskowej.
Lord Troi- Panie, wiesz przecież, że to Lamie trzymały pieczę nad Wybranym. Wiesz także, co by się stało, gdyby to one dostały go w swoje piękne dłonie.
- Tysiące tronów…
- Tak, tysiące tronów, ale dla Lamii. Dla Ciebie i twojego klanu dostałby się podnóżek. I to tylko dlatego, że baronowa ma do Ciebie słabość. Dlatego ośmieliłem się to zrobić, by nie odbiło się to na twojej godności. I by Lamie nie nabrały wątpliwości, że ich nie popierasz.
- To i tak jest wbrew mojej woli. Powinienem cię ukarać za taką zniewagę… – Lord Troi zbliżał się coraz bardziej do Xaviera.
- Oczywiście, wszelką karę poniosę, ale zważ jedno, wszak mądrość to cecha Nekrarchów. Teraz, gdy Wybranego nie ma, co się stanie. Kogo będą obwiniać Lamie? Nie ciebie, przecież nie wątpiłeś w słuszność tej drogi. Nie ciebie, bo przecież wspierałeś jej klan i jej siostry. Cała północ i Altdorf jest po twojej stronie. Sylwania jedynie może mieć podejrzenia, ale w obliczu tego, co się stało, nie ma to znaczenia.
- Cóż, coś w tym jest. Wybranego już nie ma, zatem znów zaczynamy od początku?
- Można powiedzieć, że tak. Choć została ostatnia rzecz do zrobienia. Coś, co jest wymagane i co wszystkie wampiry mają w swej martwej krwi.
Uśmiech Lorda po raz pierwszy zagościł na jego ustach.
- Łowy… – wyszeptał.
- Właśnie, łowy panie. Baronowa już wie, co się stało i właśnie rozsyła wici po wszystkich naszych braciach. Łowy to wielka rzecz i ważna tradycja. Trzeba ją uświetnić krwią tych, którzy narazili się naszej rasie i którzy muszą za to zapłacić.
- Oczywiście. Masz rację posłańcze. Tradycja łowów jest dużo starsza i ważniejsza niż mrzonka o tysiącach tronów. A kto dopełni łowów jest poważany i szanowany przez długi czas.
Nadchodzą łowyXavier pilnie wpatrywał się w oblicze starego wampira, ale nie dostrzegł nawet drobnej zmiany w napięciu mięśni pod skórą. Dlatego tak bardzo nie lubił mimiki nekrarchów, której po prostu nie było. Pod skórą nie było mięśni i nie mogły one zdradzić niczego. Jednak oczy, żywe oczy i błyszczące były wystarczające, by stwierdzić, że głowa rodu Nekrarchów jest podekscytowana.
- Cóż proponujesz? Pewnie przed świtem dotrze do mnie wieść o łowach.
- To prawda. Nad ranem dostaniesz panie oficjalne zaproszenie. Zabójcy Wybranego będą musieli zginąć i to na nich będą łowy. Tak się składa, że to na twoich ziemiach dokonano mordu. Zatem masz najbliżej do tego miejsca i do tych ludzi. Będziesz przed wszystkimi co daje ci przewagę i zakończenie łowów po twojej myśli.
- Wiesz, gdzie to jest? – nieruchome oczy Lorda wpiły się w gładką twarz posłańca jakby zazdrościły miękkości, faktury i życia obecnego na skórze.
- Tak, pokażę twoim braciom, gdzie to jest. Przekaże też namiary na przedmioty, które posiadają, byście wiedzieli, gdzie przebywają obecnie zabójcy.
- To Lamia tak to urządziła? – stary wampir podniósł brwi w geście zdziwienia.
- Tak. Wiesz panie jak ludzie łatwo przyzwyczają się do dobrego i jak już to dopadną, to za nic nie będą chcieli tego oddać. Chciwość i fałszywe poczucie obowiązku to jest to, co gubi ich na każdym kroku – Xavier wyklepał formułki znane mu już od wieków.
- To do nich podobne – Troi podszedł do wielkiego regału przy kamiennej ścianie. – Przygotuję już swoich braci. Nie będę czekać do świtu. Jak przyjdzie świt, to już ruszą i najdalej za dwa dni zaatakują. Wyślę tam Xabena i Ctrilisa – nie uczestniczyli w łowach i dobrze było by spróbowali krwi śmiertelników z północy.
- Dobry wybór panie. Jednak nie przeceniaj umiejętności Xabena i zważ na to, co mogą Odwieczna tajemnicaśmiertelnicy. Zabili już wampira, pokonali kultystów i mają przedmioty magiczne, które nam szkodzą.
- Dość!! – zabrzmiało z ust Lorda jak trzask bicza na końskim grzbiecie. – Nie mów mi co mam robić. Za długo żyję bym nie wiedział, czego spodziewać się po ludziach. Sprawa zostanie zakończona a od ciebie oczekuję jedynie namiarów i pomocy. Czy to jest jasne?
- Oczywiście. Zaraz przekażę twoim braciom potrzebne dane. Niech ciemność skrywa wszystkie nasze uczynki, panie – Xavier ukłonił się i bez czekania na Lorda wyszedł.
Wolał zostawić go w takim stanie, bo wiedział, że ziarno zostało zasiane. Teraz musi tylko dostać się do tych ludzi, którzy pokrzyżowali plany wampirów i poważnie z nimi pogadać. W ciągu dnia powinien zdążyć, zatem następnej nocy będzie już u nich. To da im czas przed atakiem nekrarchów. Znów zawrze w kotle pełnym wampirów a on jest od tego by ogień pod nim nigdy nie zagasł.

Comments

Heh, Mastah po raz kolejny zdecydował się uchylić rąbka tajemnicy.

Jak widać nasz “dobroczyńca” przed złożeniem nam propozycji sam poinformował Lorda Troi o łowach, żeby jego sługi ruszyły za nami bez czekania na wieści od baronowej. Ciekawe.

 

zrobił to by mieć argument przy naszej rozmowie.

Ale zauważ że nie jest tak że ten Lord wiedział o polowaniu telepatycznie, jednak cały ten proces informowania trwa chwilę i jest szansa w spierdalaniu w góry.

Natomiast mi sie w oczy rzucił tekst:

“Wiesz panie jak ludzie łatwo przyzwyczają się do dobrego i jak już to dopadną, to za nic nie będą chcieli tego oddać. Chciwość i fałszywe poczucie obowiązku to jest to, co gubi ich na każdym kroku – Xavier wyklepał formułki znane mu już od wieków.”

Hans jakieś tam wytłumaczenie ma dla zatrzymania łuku, Thorek jak widać nagle znalazł bardzo mocny argument by zatrzymać młot czego się nie spodziewałem ale tego decyzji Rainera w świątyni Urlyka z tarczą nie kumam. Przecież Rainer wie że klatwy nie zdejmie więc po co się trzymać żelastwa. Przedmioty są dla ludzi a nie ludzie dla przedmiotów.
Jeśli siła Rainera to ta tarcza i miecz to cóż nam po kapłanie ?
Powiedziałbym że te przedmioty Rainera ograniczają bo sprowadzają jego taktykę do szermierki mieczem i świeceniu tarczą zamiast iść w kierunku “tarczy wiary i miecza modlitwy” – chyba jakoś tak to brzmiało o ile nie poplątałem ;) ?

 

ok Kotek nastepnym razem stane za toba i zaczne sie modlic masz to jak w banku :)

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.