Tysiące Tronów

140 km od Wolfenburga, 29 pflugzeit 2524 od koronacji Sigmara

Stos KarlaKarl nie żyje. Bolesna świadomość tego faktu z każdą chwilą stawała się coraz bardziej wyraźniejsza. Wampiry zabiły Karla, choć chciały tak bardzo dostać go w swoje ręce. Wszyscy zachodzili w głowę, dlaczego tak się stało, bo nic nie wskazywało na to, że mały może zginąć. Wszyscy chcieli go żywego i nawet wampirom na tym zależało. Tymczasem martwe ciało dzieciaka leżało kilka metrów od nich, tuż obok martwego rycerza. Wyjście z podziemi ziemnym tunelem odbyło się niemal instynktownie i nikt nie był w stanie powiedzieć ile dokładnie minęło i jaką drogę przebyli. Hans po rozejrzeniu się z ulgą stwierdził, że są w normalnym lesie i jeszcze trwa noc.
Nie ulegało wątpliwości, że trzeba uciekać. Skoro Karl nie żył, to warunki współpracy, która i tak była już na granicy opłacalności dla każdej ze stron, nie miały racji bytu. Byli ostatnimi, którzy mieli Karla żywego. Byli też tymi, którzy zabili wampirzycę oraz tymi, którzy teraz uciekają. Reakcję wampirów sobie wyobrażano i nie było to nic przyjemnego.
Wszyscy zebrali się wokół ciał. Ułożono stos z pobliskich gałęzi, pniaków i suchych drzewek. Ułożono ciało wybrańca tuż obok rycerza. Rainer wyszeptał słowa modlitwy, którą żegnano wszystkich ważnych dla tego świata.

„Vereno, Pani Mądrości, niech idea i myśli zrodzone z tego dzieła, istnieją jak najdłużej…”

Hans przytknął płonącą pochodnię do stosu. Żarłoczny ogień rzucił się na igliwie i drobne gałązki by potem wystrzelić w niebo słupem czerwieni.

Łaska Vereny
„…bo każdy człowiek ma prawo do swojego życia i przeżycia go tak, jak należy. Nikt nie powinien ginąć za coś, na co nie ma wpływu i o czym nie jest przekonany…”

Czerwone płomienie oświetliły wyjście z korytarza oraz pobliskie drzewa i krzewy. Ścieżka, którą przyszli tu siepacze wampirów wiła się w lesie i ginęła na północy zmierzając w stronę Wolfenburga. Na twarzach wszystkich widać było smutek. Łzy parowały momentalnie od żaru stosu pogrzebowego.

„…niech Karl znajdzie drogę do domu bogów i tam upomni się o należne mu miejsce, bo najwyraźniej świat ludzi był dla niego za mały. Niech znajdzie sprawiedliwość, na którą zasłużył i spokój, który mu się należy…”

Droga na południe była jedyną opcją. Ruiny Wolfenburga były siedliskiem wrogów i wampiry miały tam na pewno kogoś od siebie. Południe i droga do Talabeku były opcją, choć podświadomie każdy czuł, że to tylko odwlekanie nieuchronnego. Szum nietoperzych skrzydeł urastał do rangi zewu śmierci. Jedno zaś nie ulegało dyskusji – trzeba było odejść stąd.

„…żegnaj Karl, trudny los zgotowany na tym świecie dla ciebie już się dopełnił. Teraz czas zadbać o tych, co zostali. A tobie niech świecą gwiazdy bogów. Żegnaj…”

Stos jeszcze huczał, gdy zebrali resztki dobytku i ruszyli na południe. Drużyna milczała a las milczał wraz z nią.
Do rana zostało kilka godzin, które spędzono na niespokojnym śnie. Rankiem szybko się zebrano i ruszono na południe. Pierwsze rozmowy rozpoczęły się przy upolowanym przez Hansa króliku.
- Idziemy do Kisleva panowie – powiedział Hans. – Tam nas nie będą ścigać, bo że ruszą za nami to pewne. Zębacze nie lubią zimna a Kislev nie lubi natrętów. Będziemy tam idealnie pasować, bo nie będziemy się wychylać.
- Ja bym został i walczył do końca – Jean Paul przełknął na w pół surowy kęs mięsa. – Będą nas ścigać, więc postawmy się im. Zabijmy tylu ile się da. Nie mamy szans i nasz los został przypieczętowany. Nie mam złudzeń, że zginiemy a bogowie tylko z nas zadrwili. Dlatego walczmy, bo przynajmniej nie zginiemy na kolanach.
- Odkąd się żeś taki bojowy zrobił – spytał Rainer. – Musimy uciekać. Mogą być tu lada chwila a Kislev jest w dobrym kierunku. Ja…
Trochę trzeba się napić- Ja mam to w dupie – burknął krasnolud przerywając jak zawsze specjalnie i nie w porę. – Idziemy tam, gdzie można skopać tyłki. Wampirze tyłki są dobre, ale wiele ich nie sklepiemy. Jeśli walczyć to walczyć, jeśli uciekać to uciekać. Mi tam za jedno – byleby coś się działo.
Thorek łyknął z flaszki kapkę spirytusu, której zawartość ubywała z każdym dniem.
Rainer tylko machnął ręką na to.
- Ja… widziałem góry. Coś mi mówi, że tam, na wschodzie, coś czeka na mnie i coś muszę zrobić. Widziałem śnieg, czułem mróz i patrzyłem na potęgę gór. To było coś … niespotykanego.
- A ja nie wiem, czy bym chciał iść w góry – krasnolud beknął. – Zostały tam rzeczy, do których nie chcę wracać. Jakby droga nam wypadła do trolli, to co innego – uśmiechnął się odsłaniając czarne pieńki zębów.
- To może zdecydujmy, jak dotrzemy do drogi na Zavstrę i Talabheim. Mamy parę dni to wykorzystajmy je na zastanowienie.
Hans spojrzał na niebo i wskazał ręką zachód.
- Zbierają się chmury. Ruszajmy, bo do zmroku jeszcze trochę a nie chcę by ktoś za szybko ruszył naszym tropem.
Do wieczora wszyscy byli padnięci od chodzenia i z ulgą przywitali twardą ziemię i ciepło ogniska. Nie było istotne kto i co przyjdzie – co los im ześle to przyjmą. A los pojawił się w postaci tajemniczego nieznajomego, który niemal bezszelestnie pojawił się w lesie. Jean Paul bez trudu go wypatrzył bo nawet nie starał się kryć. Podchodził swobodnie i bez ukrywania się. Liczył, że wszyscy będą go widzieć i nie będzie okazji do nieporozumienia.
- Stój! – krzyknął mag. – Kim jesteś?
Nieznajomy- Przyjacielem – odparł nieznajomy głębokim głosem.
- Za przyjaciół dziękujemy, bo ostatnio mamy przez nich kłopoty. Czego chcesz?
- Ja właśnie w sprawie kłopotów. Można dosiąść się do waszego ogniska i spokojnie porozmawiać?
Wszyscy spojrzeli na nieznajomego a potem na siebie nawzajem. Co było do stracenia? Jeśli ten ktoś miał złe zamiary, to mógł je pokazać znacznie wcześniej. Nic nie tracili, a nie wiadomo, co można było zyskać.
Zaproszono nieznajomego do siebie. Odsłonił kaptur pokazując ładną twarz oszpeconą blizną oraz białe włosy. Wydawał się znajomy, ale teraz nikt nie był w stanie powiedzieć skąd.
- Nie musicie się mnie obawiać. Jakbym chciał działać przeciwko wam, to już dawno bym to zrobił – miękki i głęboki głos uspokajał niemal natychmiast.
- To już wiemy. Pozostaje kwestia, czego od nas chcesz? – Hans przeszedł do konkretów.
- Chcę wam pomóc. Właśnie zaczyna się coś, czego jesteście główną atrakcją.
- Wampiry?
- Tak, wampiry. Urządziły na was łowy. Ale nie takie zwykłe, tylko Wielkie Łowy. Tylko zasłużeni mogą się poszczycić takim traktowaniem. I oczywiście stosunkowo krótkim życiem. Wampiry nie odpuszczą, bo zabiliście jedną z nich i pokrzyżowaliście to, co było szykowane od tysięcy lat.
- To nie my zabili… – zaczął Jean Paul.
- Nie, ale wampiry o tym nie wiedzą – przerwał nieznajomy. – One wiedzą, że Wybrany nie żyje a wy zabiliście wampira. Teraz uciekacie, macie przedmioty, które nie są wasze i najwyraźniej za nic macie układy z wampirami.
- To one coś od nas chciały.
- Tak. Zaufały wam, choć miały też swoje zabezpieczenia tego zaufania. Teraz to i tak nie jest istotne, bo Łowy zostały rozpoczęte i wampiry już ruszyły na was.
- Co w takim razie proponujesz?
- Łowy mogą zakończyć się waszą śmiercią. Zatem wasza krew kończy rytuał. Jeśli dacie mi odrobinę krwi każdego z was i przedmioty, które macie od wampirów to łowy się zakończą, a wy spokojnie ruszycie do Kisleva i słuch o was zaginie.
Nad Lasem- Nie – Rainer od razu wyrzucił z siebie bez czekania. – Miecza Vereny i tarczy Wilka nie oddam. To jest własność świątyni i tam ma trafić.
- Nie – mag zawtórował kapłanowi. – Nie dam swojej krwi. Potem będziecie mogli ją wykorzystać do swoich plugawych celów.
- Dlaczego przedmioty? – spytał Hans.
- Są one przynależne wampirom i dzięki nim, one wiedzą, gdzie jesteście. Każde ich użycie to przypomnienie im, że żyjecie. Dzięki temu mogą do was przyjść i zabić. Dlatego bym potrzebował zarówno krwi jak i przedmiotów. Sama krew nic nie da, bo jeśli użyjecie przedmiotu to zorientują się, że coś jest nie tak.
- Zależy ci na tym, prawda? – nie ustępował łowca.
- Bo Łowy nie są mi na rękę. Im szybciej się zakończą tym lepiej. Skoro można je zakończyć tak, by wampiry dostały to, co chcą i wy ocalicie swoje głowy to dlaczego nie? – uśmiech gościa był czarujący.
- Dlaczego to w takim razie robisz? Przecież nie dla nas?
- Dla siebie. Nie ma lepszego motywatora do działań niż swój interes. Więc nie robię tego bezinteresownie. Dzięki temu będę miał u was dług, który będę mógł odebrać za jakiś czas. Macie w sobie potencjał i chciałbym móc go kiedyś wykorzystać, gdy będę tego potrzebować. Może to być jutro, za tydzień albo za dwadzieścia lat. Nie wiem tego teraz. To tylko obietnica, która równie dobrze może zostać z wami pochowana, bo się nie zgłoszę nigdy.
- Czyli dajemy ci krew, przedmioty i wampiry dają nam spokój, tak?
- Tak.
- Ale ciągle mamy ciebie na karku. Kim jesteś w takim razie? Też wampirem?
- Tak, jestem wampirem – wszyscy uśmiechnęli się znacząco. To dla nich żadna nowość. – Ale nie takim, jak ci, których spotkaliście. Należę do wampirów, które powstały na końcu, gdy Lord Nagash pocałunkiem tchnął nowe życie dając początek klanom. Ja byłem ostatni i powstałem jako najdroższe dziecko Lorda. Powstałem, by patrzeć na inne wampiry i pilnować je.
- To jesteś takim lepszym wampirem, tak? Nawet najlepszym?
- Cóż. Jeśli lubicie porównania to powiem tak: jestem w takiej samej relacji z innymi wampirami, jak wampiry z wami, ludźmi.
Zapadła cisza. W lesie zakląskał jakiś ptak. Gdzieś trzasnęła gałązka. Każdy patrzył na przybysza i po sobie mając świadomość, że tysiące lat skupiło się w tej jednej istocie, która teraz przyszła do nich i z nimi rozmawia.
- To, co robisz, robisz dla siebie. To mówiłeś już wcześniej. Ale co z tego będziesz miał. My, ludzie, jesteśmy tylko karmą dla wampirów, a dla ciebie pewnie śmieciem. Cóż my takiego znaczymy?
Łowy- Jak mówiłem, macie potencjał i dobrze będzie, gdy kiedyś będzie można go użyć. A co do wampirów, to na rękę mi jest, jeśli wampiry walczą ze sobą, bawią się w wojnę i robią wzajemne podchody. Póki myślą o wzajemnym dokopywaniu sobie, póty nie mają innych myśli. Takich, które niebezpiecznie mogą zbliżać się do rebelii wobec Lorda i próbie skąpania świata we krwi – przerwał i potarł bezwłosy policzek kciukiem. Opuszka delikatnie dotknęła bliznę i przejechała się jej krawędzią do samego podbródka. – To, co się zdarzyło z Wybranym i całą legendą Tysiąca Tronów to właśnie owo niebezpieczne myślenie i dość groźna unia wampirów. Na szczęście, dzięki wam, nie doszło do tego. Jednak Łowy to niestety kolejne zdarzenie, które jednoczy wampiry. Przejście od jednego do drugiego jest na tyle mało oddalone w czasie, że nadal jest groźne, choć zmienił się jego charakter. Na nieszczęście dla was teraz wy jesteście na ostrzu i wampiry nie spoczną, póki tego ostrza nie zanurzą w waszej krwi. Dlatego to właśnie robię – chcę by było jak dawniej, gdzie jeden klan walczył z drugim a reszta bawiła się w dyplomację pomiędzy ludźmi i samymi sobą. Wy jesteście tego przeszkodą. Ponieważ dokonaliście ważnej rzeczy, więc chciałem dać wam szansę wyjścia z tego jak na zwycięzców przystało. Nic mnie wampiry nie obchodzą, a wam ich nieobecność może być bardzo na rękę. Stąd moja obecność tutaj i oferta.
- Wszystko pięknie i ładnie, ale już sparzyliśmy się w kontaktach z tobie podobnymi. Musimy mieć czas na przemyślenie tego – odparł Hans.
Wilk- Dobrze – wampir wstał i przeciągnął się. – Jutro o tej porze przyjdę do was. Jeśli przyjmiecie moją propozycję, to droga do Kisleva i życie w nim będzie zależeć tylko i wyłącznie o was i waszych decyzji. Jeśli zaś nie przyjmiecie oferty, to wampiry będą w waszym życiu do jego końca. A zacznie się to wszystko już jutro, bo waszym tropem idą necrarchowie oraz Carsteinowie. Necrarchowie będą już jutro więc może czeka was walka.
- Zaraz, zaraz. Już jutro? – Jean Paul zbladł. – Przecież mamy czas do jutra. Skąd oni się dowiedzieli o nas. Mają jakichś telepatów czy coś?
- Nie mówiłem, że będzie łatwo. Oferta jest ważna do jutrzejszej decyzji. Potem już będzie tylko wasza wola. A wieści, w szczególności o Łowach rozchodzą się lotem błyskawicy – i to dosłownie. Trwa to chwilę, ale jest skuteczne. Poza tym Lord Troi, na którego terenach jesteście, już był gotowy na was pod Wolfenburgiem. Przerzucenie tu swoich braci nie zajmie mu dużo czasu. Informację o tym macie ode mnie gratis – znów uśmiechnął się. Jak na wampira był nawet ładny i chyba musiał mieć w sobie domieszkę elfickiej krwi.
- Dobrze. Jutro damy odpowiedź.
Wampir oddalił się i zniknął w lesie. Nocne życie wróciło do normy. Ognisko trzaskało i skwierczało dając światło i ciepło. Na nadchodzące dni może być to jedyna obrona przeciwko ciemności kryjącej się za każdym z drzew. Niby wszystko odbywało się normalnie – wyznaczenie wart, narzekanie maga i kąśliwe uwagi kapłana. Hans siedział z boku i patrzył w las zamyślony a krasnolud poklepywał delikatnie obuch młota i pociągał z antałka przy pasie.
- Nie przyjmujemy, prawda?
Padło pytanie, ale nie wiadomo, kto zaczął pierwszy. Każdy kiwnął głową na znak zgody i przypieczętowania losu, który właśnie sami sobie zgotowali. Już jutro miał nadejść sprawdzian tego wyboru i możliwe, że będzie to ostatni sprawdzian w ich życiu.

Cały następny dzień zszedł na podróży na południe. Kislev był teraz oczywisty, ale należało to zrobić szybko i bez przystanków. Wampiry mogą być wszędzie. Po południu Hans zarządził postój i przygotowanie się do walki. Teren się nadawał, bo drzewa rosły w miarę gęsto ale było miejsce na walkę. Kilka zwalonych pni mogło zapobiec przedostaniu się wampirów i ich pomiotu w pobliże. Przynajmniej może ich spowolnić na tyle, że zajmą się mniejszą grupą zanim reszta przybędzie. Dowiedzieli się, że necrarchowie to mistrzowie magii i będą mieć ze sobą nieumarłych. Są biegli w sztuce nekromancji i nie zamierzają z niej rezygnować. Wizja hord szkieletów atakujących ich w nocy napawała wszystkich lękiem. Jednak już tak walczyli i nie zamierzali się poddać. Dlatego przygotowany teren pozwalał na przewagę, która potem może mieć kluczowe znaczenie.
Wieczorem Hans rozpalił ognisko i wszyscy zasiedli wokół jedząc ostatnią kolację i czekając na wizytę wampira. Mag zamierzał przywołać deszcz by pomógł im walce więc zaintonował zaklęcie i teraz spokojnie czekał aż zbiorą się chmury i zacznie padać. Kroki z lasu oraz potem pojawiająca się sylwetka wampira, nie zostawiały złudzeń, co do tego, kto idzie. Wyglądał tak samo jak wczoraj. Tak samo zdjął kaptur i tak samo się uśmiechnął.
- Jaka jest wasza decyzja? – spytał bez czekania.
- Nie chcemy pomocy i nie będziemy się z nikim wiązać przysięgami i zobowiązaniami. Postaramy się sami wszystkim zająć – Rainer wygłosił formułkę jak podczas kazania, którego jeszcze nie dane mu było wygłosić.
- Szanuję tą decyzję i mam nadzieję, że wam się uda. Pozostaje mi tylko pożegnać się i życzyć wiele szczęścia.
Nie było widać by zmartwił się lub ucieszył. Przyjął decyzję drużyny jako coś normalnego i bez żalu ruszył w las.
- Oni zaraz tu będą. Mają ze sobą niezłe stadko zombie, więc uważajcie na siebie. Mają też amulet i lepiej nie mieć go między którymś z was a wampirem. Oni są głodni wygranej co może ich zgubić. Powodzenia.
Nie czekał aż ktoś odpowie. Widział powalone drzewa, zacięcie na twarzach i emanację mocy od maga. Już się szykowali. Zapowiadała się gorąca noc. Nie chciał nic z niej przegapić więc zamienił się w kruka i pomknął między drzewa by zająć dobrą pozycję do obserwacji.
Tymczasem w obozie zaczynało kropić. Ognisko zaczęło syczeć. Mag rozświetlał kamień za kamieniem i rozrzucał je wokół. Wszyscy czekali na to, co wyjdzie z lasu. I nie zawiedli się.
Szli ławą, z obu stron. Śmierdziało zgnilizną i starą ziemią. Powolne ruchy nie miały w sobie sztywności, ale widać było, że nie wystarczą by pochwycić kogoś w biegu. Tobik zaczął ujadać i wtedy się zaczęło.
PoczątekZombie ruszyli. Było ich dużo. Przez strugi deszczu i w ciemności przetykanej dużą liczbą źródeł światła można było stracić orientację. Gdy spadły pierwsze ciosy nie było już czasu na zastanawianie się tylko na działanie. Trzask kości na mieczach i tarczach, zgrzyt zębów i głuche mlaśnięcia zagłuszały krzyki dodające animuszu do ataku. Nadal nie było widać wampirów, co bardzo niepokoiło wszystkich. Przeciwników było tyle, że z powodzeniem wystarczyło ich na nich, a tu nie pokazywali się główni wrogowie.
Jean Paul wypuścił z lagi błyskawicę. Uderzyła w pierwsze martwe ciało, przebiła je i ugrzęzła w drugim. Krasnolud zdzielił umarlaka wyrywając kawał prawego biodra a Rainer roznosił w pył najbliższe głowy. Wtedy zza linii drzew było słychać mowę i chwilę potem martwi zombie wstali. Znów trzeba było zaczynać walkę na nowo. Wszystkich ogarnęło zniechęcenie i brak wiary w zwycięstwo. Hans z Rainerem ruszyli na boki, oderwali się od walki i kierowali się w stronę zasłyszanej mowy. Jeśli się uda, to zombie będzie można załatwić hurtowo i już się nie podniosą. Walki trwały. Osamotniony Thorek, Tobik i mag robili co mogli, ale napastnicy zalewali ich całą ławą. Pazury i ręce wczepiały się w brodę, łapały za szaty i wkręcały we włosy. Krasnolud tak właśnie został obalony, kiedy kilka odrąbanych wcześniej rąk przewróciło go a pozostałe zombie padły na niego i zaczęły gryźć. Dzielny khazad osłaniał się młotem, wierzgał i prychał, ale czuł, jak brudne zęby zagłębiają się w nodze. Jean Paul próbował wyrwać się z okrążenia. Przerwał deszcz i rzucił na siebie czar lewitacji. Wzbił się do góry, pomiędzy korony drzew. Nie widział wiele, ale w dole widział jak zombie opadają krasnala i jak Tobik próbuje się przegryźć do niego. Jednak i jego opadają nieumarli i zakrywają własnymi ciałami. Obrót spraw jest fatalny. Dobrze mówił ich wieczorny gość – to będzie ciężka przeprawa.
Atak zombieW pewnym momencie czarodziej poczuł jak coś wyrywa mu laskę z dłoni. Spadła na dół i tuż za nią sam Jean Paul. Miał miękkie lądowanie bo wylądował na karkach dwójki nieumarłych. Ich kości trzasnęły jak zapałki a mag już stał gotów do walki. Akurat wtedy dostrzegł jak Hans trafia cień między drzewami i strzały wbijają się w sylwetkę. Chwilę jeszcze stoi po czym pada. Wraz nią pada część opadających ich trupów. Przynajmniej Thorek może chwilę odpocząć, choć dla Tobika jest już za późno. Ale drugi z wampirów nie próżnował. Na jego słowo znów kilku martwych powstało i ruszyło z pazurami na drużynę. Hans z Rainerem znów podbiegli po bokach by zdybać wampira i zabić go zanim jego pomiot narobi większe szkody.
Znów brzęknęła cięciwa i strzała pomknęła do celu. Rainer dobiegł do przeciwnika i spojrzał mu w oczy. Zobaczył potworną twarz, wykrzywioną wściekłością, przekrwione oczy oraz wysuszoną na wiór skórę opinającą ciasno czaszkę. Wyglądał jak trup niewiele różniący się od szkieletu. Ale jednak był to żywy trup, bowiem próbował trafić kapłana rękami. Światło z tarczy oślepiło go i krzyknął Strzałszeleszczącym głosem i zupełnie bez mocy. Trafił go czar wysłany pewną ręką maga a potem spadł cios mieczem. Wampir rozsypał się w proch zostawiając po sobie jedynie kupkę proszku i stary zapach rozkładu. Ostatni na nogach zombie padli bez życia. Ostatnie krople wody ściekały z liści i wsiąkały w świeżo rozdeptaną ziemię. Ognisko syczało i prychało skrami domagając się drewna. W powietrzu słychać było jeszcze pojękiwania Thoreka, który wyrwał się z uścisków trupów i teraz mógł w spokoju odetchnąć. Nogi miał tak zmasakrowane, że wyglądały jak rozbebeszony królik. Cieszył się, że żyje i chyba tylko dobrzy bogowie uratowali go przed ostateczną śmiercią. W jednej ręce zaciskał dymiący młot a drugą mimowolnie gładził po główce martwego Tobika.

Wieżyca zamku Helfurt górowała nad okolicą rzucając złowrogi cień na wszystko, czego tylko się dotknęła. Dla ludzi spoza Sylvanii było to niezrozumiałe, ale dla tutejszych to tylko proza życia, z którą trzeba sobie radzić od kołyski. Posłaniec wszedł pewnym krokiem do zamkowej komnaty, gdzie czekała już Lydia von Carstein.
- Cóż masz mi do powiedzenia posłańcze? – spytała patrząc się na Xaviera bardzo uważnie.
- Wiesz pani, że od dzisiejszego ranka trwają Łowy – zaczął wampir. – Przychodzę by ci pomóc w nich.
Lydia von Carstein- Ach – udawane żachnięcie było ćwiczone przez lata – czyżby? Ciągle wszyscy spiskowali przeciwko mnie, baronowa nadszarpywała zaufanie a Lord Troi miał za nic. Dlaczego mam się przejmować Łowami?
- Pani, to przecież część tradycji.
- Tradycja – westchnęła. – To tradycja kazała mojemu ojcu ruszyć na pomoc oblężonemu Altdorfowi? To tradycja każe mi codziennie zamykać oczy skoro tylko wstanie świt? Tysiące tronów były w zasięgu a przez głupią Margrave znów musimy żyć jak szczury – piękna twarz Lydii wykrzywiła się okrutnie.
- Masz szansę przelać krew by zmazać tą hańbę.
- To nie moja hańba tylko baronowej. Skoro zwołuje Łowy to niech sama wypełnia to, co powinna. Mnie miała za nic to i teraz nie będzie miała ze mnie pożytku. Możesz odejść posłańcze. Przekaż swojej pani, że u mnie nie znajdzie posłuchu – uśmiechnęła się i skinęła głową na znak zakończenia posłuchania.
Xavier wykonał ukłon i wyszedł z komnaty. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, ale dla niego nie było sprawy, której nie można było wygrać. Zszedł na dół do kasztelu i odetchnął świeżym powietrzem. Spojrzał na przechadzających się wokół młodych wampirów i wiedział, co ma zrobić.
- Słuchajcie mnie. Zostały ogłoszone Łowy. Wasza pani nie chce w nich brać udziału, ale przecież nie może wam zabronić sławy i szacunku. Każdemu, kto będzie chciał wziąć udział w łowach, jestem gotów wskazać miejsce pobytu zwierzyny. Reszta zostaje w waszych rękach – spojrzał na stojących wojowników. Niektórzy ciekawie zerkali w jego stronę. – Jest ktoś chętny?
- Panie. Artaud i moi dwaj kompani podejmiemy się tego zadania. Nasza pani Lydia nawet się nie dowie, jak przyjdzie sława to dostanie ją do stóp z naszym uwielbieniem dla niej.
- Doskonale. Jeśli sprawicie się szybko, to może już następnej nocy posmakujecie krwi zwierzyny łownej.
Xavier wyjawił wszystko, co trzeba, by namierzyć podążającą w stronę Sylvanii grupę. Odchodził z Helfurtu z przeświadczeniem, że zrobił wszystko co trzeba i teraz tylko należało czekać. Lydia była głupia skoro myślała, że może wystąpić przeciwko tradycji. Jest też wystarczająco potężna i skupiona na władzy, że nie może nie docenić poświęcenia jej klanu. Jeśli im się uda, to utrze nosa Lamiom. A jeśli nie, to otwarcie wystąpi przeciwko nim i może zakończyć się to otwartym konfliktem. Posłaniec uśmiechnął się do siebie. Skoro nie chciała wojny, to wojna przyjdzie do jej progów. Uwielbiał takie noce, gdzie niemal słyszał, jak maszyny przeznaczenia turkoczą pełną parą. Mocniej ścisnął amulet wiszący na szyi i spojrzał na zachód. Potrzebował więcej wampirzej krwi by na nowo zwrócić klany przeciwko sobie. I jeszcze przesunąć kilka pionków by nie było wątpliwości, jak są rozłożone siły. Noc przemijała. Zbierało się na burzę. Pewnie Artaud i jego kompani ruszali do boju. Szkoda, że nie mógł tego oglądać, ale pewne sprawy wymagały jego obecności gdzieś indziej. Później do nich zajrzy. Jak jeszcze będą żyli.
Nadchodzi burza

Comments

Ciekawe, bardzo ciekawe.

W sumie może dobrze, że nie zabiliśmy żadnego z Carsteinów. Wrócą z podkulonym ogonem do swojej Pani, a jednocześnie nie daliśmy jej osobistego powodu do zemsty. Może przynajmniej na razie jeden klan odpuści sobie łowy.

Teraz pan Xavier na pewno śmignął do jakichś Striggoi. Ciekawe czy ruszy za nami sześciu, jak po chłoptasia w Pfeierdorfie…

 

carsteinovie nie przebaczaja – wiec ci trzej raczej beda wkurwieni – zwlaszcza na tego kto w nich strzelał.

dwie rzeczy mi sie nie zgadzaja – ja bylem za ucieczką do GKS i wstrzymalem sie od glosu gdy trzeba bylo sie dogadac.

no to teraz bez broni bedzie ciekawie.

 

Akurat na początku rzeczywiście proponowałeś przekradać się do Altdorfu i iść do Inkwizycji/Łowców/whatever.

Ci trzej oczywiście, że będą chcieli zemsty. Ale po nieposłuszeństwie wobec swojej przywódczyni raczej będą siedzieć cicho. Natomiast gdybyśmy ich zabili, na pewno ona sama chciałaby naszej krwi. W takiej sytuacji, może przypilnować dyscypliny wśród swoich, żeby się nie pchali.

Mam nadzieję, że wcześniej czy później klany się zwrócą przeciwko sobie nawzajem, a Lamiom w szczególności: to one odpowiadają za fiasko Wybrańca, za zwrócenie uwagi ludzi na potęgę wampirów, i w końcu za kolejne porażki w pogoni za nami. Mam nadzieję, że kiedy to nastąpi, będziemy jeszcze żyć ;-)

Wampiry mogą być zepsute do szpiku kości, mogą być mściwe, ale nie są głupie. Jak widać, część klanów nie jest zachwycona Łowami. Teraz widać, że łowy nie są takie łatwe, są kosztują czas i życie kolejnych wampirów. A my uciekamy, a nie idziemy na konfrontację. Więc może niech Lamie posprzątają bajzel, który same narobiły.

To by ułatwiło nam życie, ponieważ tam dokąd idziemy Lamie nie mają wielkich wpływów. Blisko jest do Carsteinów, a Striggoi czy Nekrarchowie mogą być wszędzie.

 

Mike, pisałeś, że chciałeś do Altdorfu. Reszta to licencja poetica. Jest tu trochę uproszczeń i ubawień bo na sesji nie ma na nie czasu lub weny więc te wpisy stanowią ciekawe uzupełnienie. Oraz pokazanie całej historii byście wiedzieli, że to nie jest li tylko fanaberia MG że was popycha tam, gdzie mu się widzi. Jest za tym plan i ten plan jest na tyle ciekawy, że warto byście i wy go zobaczyli :)

 

nevermind,

planujesz jeszcze jakieś jeszcze spotkania z nietoperzami po drodze do kisleva ?

MarcinRauf

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.